wtorek, 29 grudnia 2015

Zgubione żakiety, czapki i skarpetki, czyli 2015 - dziękuję, byłeś wspaniały!

Gdybym miała przeliczyć ten rok na zgubione czapki, żakiety i skarpetki, wyszłabym na minusie i wygrałabym chyba wszystkie możliwe zgubne rankingi. Gdyby jednak do każdej zguby dopisać okoliczności, w jakich daną rzecz zgubiłam, wygrałabym wszystkie rankingi na najlepszy rok życia.
W drodze do teatru zgubiłam swój ulubiony żakiet. Zgubiłam go w pociągu, bo zaczytałam się w biografii aktora i omal nie przejechałabym dworca centralnego w Warszawie, co nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej. Żakiet zgubiłam, przemarzłam do szpiku kości, ale tego samego dnia spotkałam na ulicy, idącego w moim kierunku, sprawcę całego zdarzenia - Andrzeja Seweryna.
Podczas pierwszej wizyty w OCH-Teatrze zgubiłam szminkę. Kupiłam nową, a nawet dwie, nie mogąc zdecydować się, która bardziej pasuje do mojego humoru. Tego dnia obejrzałam najważniejszy w moim życiu spektakl i szturchnęłam łokciem Domę, która wtedy była jeszcze dla mnie zupełnie obcą osobą, której przyszło siedzieć obok mnie w teatrze. W efekcie końcowym kilka miesięcy później wylądowałyśmy razem na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Gdzie zgubiłam ładowarkę.
Ładowarka przepadła gdzieś w biurowym pokoju, tuż po wywiadzie przeprowadzonym z Jerzym Antczakiem. Po prostu rozpłynęła się w powietrzu, jak to często bywa z moimi rzeczami. Przez pół wyjazdu cierpiałam na wiecznie rozładowany telefon, przez co nie zrobiłam sobie zdjęcia ze spotkanym w windzie Sewerynem. A prawdę mówiąc, nie zrobiłam tego zdjęcia, bo głupio wpatrywałam się w trzymanego w dłoni drinka (którego smak pamiętam do dziś!) i starałam się zachowywać względnie normalnie, co zaowocowało życzeniami dobrej nocy.
Któregoś dnia zgubiłam tablet, który na szczęście znalazł się na drugi dzień w klasie od angielskiego, w której uczyłam dzieciaki. W przypływie radości nie rozstawałam się z nim cały dzień, przeglądając repertuary teatrów, ze szczególnym uwzględnieniem Teatru Polskiego w Warszawie. Trafiłam akurat na informację o Niżyńskim. I drogą przypadku rozpoczęłam swoją przygodę z Fundacją Kamila Maćkowiaka.
W jednym z łódzkich teatrów zgubiłam swoją wydrukowaną na zajęcia z kultury brytyjskiej recenzję Białej bluzki. Znalazł ją ktoś przypadkowy, odnalazł mnie po zapisanym na kartce nazwisku na Fejsbuku i wysłał linka do Szkoły Krytyki Teatralnej. Tak trafiłam do Siennej, gdzie spędziłam najlepszy tydzień wakacji, poznałam teatralnie pozytywnych ludzi i zarwałam kilka nocy podczas redagowania Melpomeny, zwycięskiej gazety.
W pierwszych dniach w Pradze zgubiłam kupioną kilka dni wcześniej czapkę. Czapki nie odnalazłam, ale jeszcze tego samego dnia wylądowałam w praskim Teatrze Narodowym, zakochując się po uszy w czeskiej operze i rozpoczynając swoją wędrówkę po stołecznych teatrach.
Zabrzmi to banalnie, ale za każdym razem, gdy coś gubię, odnajduję coś dużo bardziej ważnego. Jakby świat chciał zrekompensować mi stratę, choć przecież to nie wina świata, ale tylko i wyłącznie mojego roztrzepania.
Wczoraj zgubiłam bardzo ważne dla mnie zdjęcie. Za to zdjęcie musi zdarzyć się coś przełomowego. Już dzisiaj, od samego rana, masa dobrych wiadomości. Czekam więc z uśmiechem na Nowy Rok, życząc sobie by był tak dobry jak poprzedni. A nawet lepszy. W końcu każdy kolejny okazuje się bardziej ekscytujący.
I wam życzę tego samego.

A jeśli jakoś wam niewygodnie obok ludzi, w czasie, w miejscu, w którym się znaleźliście, zgubcie się. Tak zwyczajnie.

Próbowałam zmierzyć ten rok liczbą obejrzanych spektakli, ale po pierwsze - upłynęły trzy lata od matury i moje umiejętności matematyczne osiągnęły poziom zerowy, a po drugie - po pięćdziesiątym trzecim znalezionym w mieszkaniu bilecie zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem nie jestem jeszcze bankrutem i to pytanie zagościło w mej głowie na dłużej. 
Do zobaczenia w 2016 roku w teatrze!








piątek, 18 grudnia 2015

Shirley, Elżbieto, Agnieszko, Marto, Antonino, (...), wszystkiego najlepszego...

To jeden z tych wpisów, które zaczynają się od ciszy, bo brakuje słów wystarczających. Jest więc cisza, potem długo, długo nic i dopiero gdzieś za zakrętem (!) kilka słów, wciąż zbyt małych i nic nie znaczących.
Dla mnie zawsze na pierwszym miejscu jako Elżbieta/Krystyna z Białej bluzki  i Marta/Krystyna z Tataraku. Może dlatego, że tam jest jej najwięcej z Niej samej? Dla mnie bardziej niż aktorka, reżyserka, felietonistka, …, po prostu człowiek. Taki człowiek w odniesieniu do którego, po raz pierwszy w życiu, użyłam słowa autorytet. Słowa, od którego długo uciekałam, nie dopuszczając nawet cienia możliwości, że może zostać użyte w kontekście szerszym od rodzinnego.
Lubię jak Ona żyje. Lubię jak gra, oczywiście, ale chyba bardziej lubię jednak obserwować jak żyje. Jakoś intensywniej, bez szeregów i z dużą wrażliwością, bez obojętności, zawsze na czas pomimo braku czasu. Mnie też interesuje takie życie. To dzięki Niej zrozumiałam, że w szeregu nie chcę stać, w szeregu ziewać, gnić i spać. To przez Nią mam wyrzuty sumienia, gdy pośpię zbyt długo i przez Nią wróciłam do pisania listów. Przez Nią też zatrzymuję się czasem na środku ulicy tylko po to, żeby poobserwować ludzi, przekonując się, że to oni są źródłem wszystkich najlepszych opowieści, pomysłów i inspiracji. Przez Nią – osobiście albo przez Nią – dzięki roli, w którą się wciela.
Mało jest dzisiaj aktorów, którzy pamiętają o tym na jak dużą odpowiedzialność skazuje ich scena. Czują się jak władcy, bo wszyscy na nich patrzą i są podziwiani, a tymczasem ich prawdziwą władzą jest możliwość ingerowania w życie ludzi siedzących na widowni. Przecież tak często po spektaklu zmienia się wiele, a czasem nawet wszystko. A jeśli nie wszystko i nie tak wiele, to zawsze chociaż trochę.
Po każdym spektaklu Jandy wychodzę spokojna (w przenośni, bo tak naprawdę rozdygotana i rozemocjonowana) o swoje zmiany, przekonana, że nic mi się nie stanie o tego kręcenia się w głowie i przyspieszonego serca, że nawet jeśli podejmę życiową rewolucję – będzie to właściwa decyzja. Taką pewność daje mi Janda na scenie. Aktorka, która wie, na czym polega władza w teatrze.
Egoistycznie życzę sobie (w dniu Jej urodzin), żeby żyła wiecznie, bo nie wyobrażam sobie swojego życia bez wzruszeń i poruszeń na jej spektaklach i bez impulsów do tworzenia po każdym wysłuchanym czy przeczytanym z nią wywiadem, i bez premier nowych filmów z jej udziałem, i bez ludzi poznawanych dzięki niej.
Jeszcze dla Niej: nie-świętego spokoju, wyciszonych telefonów w teatrze, ciepłych herbat z mlekiem na stoliku, niezmieniającego się placu w Siennie, psów czekających co wieczór, śmierci srelków-pudelków, zielonych świateł w drodze do domu, białych lilii i bycia ogromnym jak los i małym jak kos.

Wszystkiego najlepszego, Moja Naj!


Spoufaliłam się bezpośrednią formą tego wpisu, ale pisząc o Niej w trzeciej osobie udało mi się złapać jaki-taki dystans.

wtorek, 8 grudnia 2015

Rozmowy, do których się wraca, czyli o książce "Aktorki. Portrety".

Nigdy nie pisałam recenzji książek. Sama też nie czytam takich recenzji, kurczowo trzymając się stwierdzenia, że książki po okładce i recenzjach się nie ocenia. Ale przecież równie dobrze można powiedzieć to o spektaklach czy filmach. Na horyzoncie pojawił się tytuł, o którym zamarzyłam napisać i wiedziałam, że nie mogę przejść obok niego obojętnie. Nie o mnie ma być jednak ten wpis, ale o czternastu absolutnie wybitnych kobietach i dziennikarzu, któremu udało się – po raz drugi – stworzyć moją osobistą świętą księgę wywiadu, czyli o książce Łukasza Maciejewskiego Aktorki. Portrety.
Podczas którejś wiosennej wyprawy do BUŁ-y (dla niewtajemniczonych BUŁ-a łódzka nie jest miejsca, gdzie można najeść się bułek, ale miejscem, gdzie zaopatrują się głodni wiedzy mole książkowi, skrótem – Biblioteka Uniwersytetu Łódzkiego) po raz kolejny straciłam głowę w dziale teatru. Tak to już jest z moimi wędrówkami po bibliotekach, że zaczynam je od nazwiska Osiecka, a kończę na kulturze, w której przepadam na dłużej. Gdzieś pomiędzy Kantorem, Jandą a Pszoniakiem mignęły mi Aktorki. Spotkania. Miałam już kilka książek w dłoni, a biblioteka umożliwia wypożyczenie tylko pięciu pozycji, więc odłożyłam na półkę filozoficzne wywody o teatrze i zagłębiłam się w lekturze rozmów ze znanymi kobietami kina i teatru. WsiZagięty narożnik: 2ąknęłam na pół dnia, czytałam łapczywie i co chwila robiłam wielkie oczy ze zdziwienia, że można tak zwyczajnie i tak pięknie rozmawiać z drugim człowiekiem.
Gdzie pomiędzy piątą a dwudziestą konferencją na Festiwalu Filmowym Gdyni zdobyłam wpis do książki (tę z biblioteki oddałam i jeszcze tego samego dnia kupiłam sobie w księgarni książkę do swojej własnej kolekcji). I czekałam niecierpliwie dla listopad, niecierpliwiąc się tym bardziej, że wiedziałam już o pojawieniu się w drugiej części rozmowy z Krystyną Jandą.
A w listopadzie czytałam. W kolejności nieprzypadkowej, zaczynając od Jandy, poprzez Zajączkowską, Komorowską, Barańską… Każdą historię oddzielałam herbatą lub gorzką kawą, żeby przez własną łapczywość nie zgubić puenty, innej po każdej rozmowie. Dodałam kilka tytułów filmów do mojej listy Obejrzyj zanim umrzesz, bo inaczej to będzie smutna śmierć. Na niektóre bohaterki spojrzałam przychylniej, w innych jeszcze bardziej się rozkochałam, od każdej czegoś nauczyłam. Po skończeniu, zaczęłam czytać od początku, będąc świadoma, że ani herbata, ani kawa nie mogła pomóc naprawdę  i na pewno przeoczyłam wiele znaczących detali. Prawda jest taka, że to książka wielowymiarowa, naszpikowana sentencjami, pozwalająca spojrzeć inaczej na historię, kino, teatr.

Prawda jest też taka, że sięgnę po nią jeszcze nie raz. Bo to nie tylko przykład dobrego dziennikarstwa (za którym, jako studentka dziennikarstwa, nieustannie gonię i często nie mogę spotkać), ale przede wszystkim lekcja umiejętności słuchania i rozmowy.


środa, 25 listopada 2015

Jestem teatrofilem, czyli zboczeńcem, heretykiem i złem całego świata.

Zawsze cieszę się, gdy zaczyna się mówić o teatrze. Gdy głos zabierają nie tylko ci, którzy na scenie lub widowni spędzają połowę swojego życia, ale także ci, którzy z kulturą wysoką stykają się tylko raz na jakiś czas. Brakuje mi rozmów o tym, co dzieje się za kurtyną i o tym, jakie myśli krążą podczas spektakli w głowach ludzi siedzących w mniej lub bardziej wygodnych fotelach teatralnych. Chociaż teatr opiera się na interakcji, zazwyczaj interakcji brak, nie licząc zasłyszanych w foyer kilka wypowiedzi dotyczących wagi aktora albo brzydkiego kostiumu aktorki.
W końcu mówią! Wręcz krzyczą, przekrzykują się nawzajem, wytykają do siebie języki, straszą się krucjatami i seksem. Dwa obozy - konserwatywni kontra liberalni, święci kontra grzesznicy, różańcowi kontra heretycy. Wszyscy krzyczą o teatrze. A ja mam ochotę zatkać uszy.
Idą zmiany. Zmienił się rząd, zmieniają się ludzie, zmienia się teatr. Im dalej w las, tym więcej drzew. Ludzie chcą czegoś nowego, ludzie reagują na kontrowersje, ludzie chcą karmić się sensacją, więc teatr - jako interaktywne medium - reaguje na potrzeby człowieka. Nie wszystkim się to podoba, nie każdy to popiera, w końcu istnieje (podobno) coś takiego jak wolność wyrażania swoich poglądów. Tylko, że ta wolność jakaś kulawa. Bo albo zbyt rozbuchana, albo znikoma. Taka zapatrzona w siebie, daleka od tolerancji, jedyna słuszna.
Sztuka rządzi się swoimi prawami. To z użyciem jakich środków zostanie przedstawiona i czy uda jej się obronić zależy już jedynie od konkretnego artysty i konkretnej grupy odbiorców. Nie jestem zwolennikiem ani seksu, ani brutalności w teatrze. Nie tego tam szukam i nie to mnie porusza. Nie jestem też teatralnym apodyktykiem czy konserwatystą. Gonię za wolnością w każdej dziedzinie życia i naiwnie głoszę pacyfistyczne hasła. Nie macham nikomu przed oczami ani różaniec, ani krzyżem, ani sztucznym penisem, ani pistoletem. I tego samego oczekuję od innych.
Gdy więc krzyczą, mam ochotę zatkać uszy. Zatkać uszy na prawicowe dywagacje na temat wolności w sztuce, które nijak mają się do rzeczywistości. Zatkać uszy na modlitwy, które nie świadczą wcale o dojrzałości religijnej, ale są przykładem na to, co fanatyzm robi z człowiekiem. Zatkać uszy na komentarze, że w dzisiejszych czasach wstrząsnąć widzem w teatrze może tylko seks albo śmierć na scenie. Zatkać uszy na płynące zewsząd pytania, które tak czy siak zostają bez odpowiedzi, bo znowu trwa polsko-polska wojna, która tak naprawdę nic wspólnego ze sztuką nie ma, a jest jedynie sposobem wyładowania politycznych frustracji.
Znajomi z zagranicy już nie pytają się mnie czy spadł w Polsce śnieg, czy Kraków jest ładnym miastem ani czy Polacy piją rzeczywiście dużo wódki, ale o to, jak tak naprawdę wygląda sprawa wrocławskiego teatru. Czechom odpowiadam, że to oni powinni odpowiedzieć mi na to pytanie - w końcu sprawcami całego zamieszania są czescy aktorzy porno. Wszystkich innych obdarzam zawstydzonym uśmiechem, próbując wytłumaczyć w jakiś nieupokarzający sposób mentalność Polaków.
Mówmy więc o teatrze. Piszmy o teatrze. Chodźmy do teatru. Nie chodźmy do teatru, jeśli mamy się wściekać na spektakl, który uważamy za zły, niemoralny, zabierający nam cenny czas. Płaczmy w teatrze. Śmiejmy się w teatrze. Wychodźmy z teatru lepsi, mądrzejsi albo chociaż bogatsi o nowe doświadczenia. Spotykajmy się przy kawach, herbatach czy winach, żeby podzielić się teatralnymi przemyśleniami. Ale nie przenośmy na teatralne sceny naszych osobistych frustracji. Nie patrzmy na teatr przymkniętymi oczami, ale otwartym sercem. 



Pozdrawiam Was z przymrużeniem oka,
ja - zboczeniec idący jutro do teatru



czwartek, 29 października 2015

Wszędzie dobrze, ale... No gdzie najlepiej?

Są miejsca, za którymi się tęskni. Są miejsca, do których zawsze się wraca. Są miejsca, o których myśli się nawet wtedy, gdy jest się w innym - piękniejszym nawet - miejscu. Są miejsca, o których mówi się z czułością, miejsca, które nazywa się domem.
Za tydzień wracam do domu. Po półtora miesiąca w Pradze pakuję najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka i jadę na dwa dni do miejsca, gdzie powietrze pachnie szczęściem (jaki to banalny i jednocześnie jaki prawdziwy zwrot). Jadę do domu, żeby poczuć się beztrosko, zapomnieć o bożym i nie-bożym świecie, wypić kawę z ludźmi, którzy dzielą moją pasję, usiąść na chwilę w ogrodzie i myśleć o niczym, wzruszyć się i poruszyć, zaśmiać i zamyślić. W przyszły piątek wsiadam w autobus i jadę do Warszawy. Jadę do Teatru Polonia.
To miejsce - o którym mówię czasem moje miejsce na ziemi - obchodzi dziś urodziny. Piszę w dzień, a w dzień zawsze brakuje mi słów, a jeśli już je znajduję, wydają mi się śmieszne, zbyt małe, zupełnie nieodpowiednie do tematu. Milknę zawsze, gdy wiem, że muszę napisać o czymś, co wywołuje u mnie silne emocje. Może dlatego tak koślawie wychodzi mi pisanie o teatrze. Zawsze w tym pisaniu za mało miłości, słowa jakieś nieczułe, oschłe, nigdy idealne.
A teraz mam napisać o dziesięciu latach Teatru Polonia. Mam napisać o miejscu, które - nie boję się tych słów, choć są tak intymne, że czerwienię się, pisząc je - wpłynęło na to, kim jestem, zmieniło moje myślenie o świecie, dało mi pogląd na sprawy małe i duże. Jak napisać; czego życzyć? Nie wiedziałam tego o poranku, choć zaczynałam pisać z kubkiem kawy w dłoni, a kawa zawsze rozjaśnia myśli. Nie wiedziałam w południe, choć w głośnikach słychać było muzykę, która zawsze pomaga mi odnaleźć wenę. Nie wiem teraz, choć wróciłam właśnie ze spaceru po jesiennym parku, piję drugą kawę, a w perspektywie wieczoru czai się na mnie spektakl teatralny. Może wiedziałabym w środku nocy, pisząc półsennie, ale nie lubię składać życzeń na ostatnią chwilę. 
Życzę czułości - widzów do teatru i teatru do widzów. Tej czułości, do której nie można nie wrócić. Rodzinnej atmosfery, która nie pozwala odczuć granicy pomiędzy sceną a widownią. Mądrej beztroski i mądrych wariatów, którzy nie przechodzą obojętnie obok sztuki. Wciąż żywego dialogu i braku ciszy. Chyba, że ciszy potrzebnej, przyjacielskiej - tej życzę. Niegasnącej umiejętności budzenia do życia i do dobra. Odwagi w realizacji marzeń bezczelnych. 



Wracam do teatru. Do miejsca, które potrzebowało zaledwie minuty, żeby skraść moje serce i dla którego jestem w stanie zrezygnować z wielu rzeczy, wcale nie mniej ważnych. Wracam do domu. Bo przecież wszędzie dobrze, ale... w Polonii najlepiej.


środa, 28 października 2015

Trochę magii w kamienicy, czyli STOP dla zniszczenia...

Weszłam tam niepewnym krokiem, przy szatni czekała na mnie miła pani, z którą korespondowałam kilka dni wcześniej. Przeklinałam się w duchu za to, że założyłam buty na obcasie. Chciałam wyglądać profesjonalnie, a efekt był zupełnie odwrotny. Szybko jednak zapomniałam o butach, o stresie, o całym świecie.
Błąkałam się po zakamarkach Teatru Kamienica, zaglądałam do garderoby, poznawałam aktorów, wylądowałam nawet na próbie. Wcześniej – w kawiarni – spotkałam się na szybką herbatę z dyrektorem, Emilianem Kamińskim. Niewiele z tego pamiętam, to były początki moich przygód z teatrem, wszystko było nowe i zaskakujące. Kamiński opowiadał o tym miejscu z czułością i miłością, chłonęłam każde jego słowo, zazdroszcząc mu pasji, determinacji, sukcesu. Na próbie nawet nie drgnęłam, chociaż na scenie wrzało. Zwyczajnie wbiło mnie w fotel, dałam się ponieść atmosferze. Chyba wtedy po raz pierwszy zaczęłam czuć w teatralnym powietrze nie kurz, ale magię.
Mogę więc powiedzieć, że w Kamienicy przeszłam chrzest bojowy. Przyspieszone, kilkunastogodzinne preludium do teatralnej miłości. Miałam to szczęście, że trafiłam do teatru absolutnie wyjątkowego – nie tylko ze względu na wygląd, ale przede wszystkim ze względu na ludzi. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, ale dziś już wiem, ze takie miejsca, takie teatry są mi najbliższe – teatry oparte na przyjaźni, zaufaniu i wspólnej pasji. Teatry od ludzi dla ludzi.
Zdenerwowałam się (jak widać po wpisach dość choleryczna ze mnie osoba) na wiadomość o kłopotach Kamienicy. To trochę tak, jakby dowiedzieć się, że twoi najbliżsi przyjaciele wpadli w niemałe tarapaty. Zdenerwowałam się podwójnie, bo wciąż nie potrafię zrozumieć, czemu wszyscy ci, którzy chcą coś zrobić mają zawsze pod górkę. W dzisiejszych czasach dużo łatwiej przesiedzieć życie niż je przeżyć. O ile prościej mają ci, którzy siedzą, wiecznie narzekając od tych, którzy zdobywają się na odwagę i z czubkiem głowy w chmurach próbują zmienić rzeczywistość na lepsze.
Zawsze musi się znaleźć ktoś, komu się to nie spodoba. Nie znajdzie oczywiście żadnych racjonalnych argumentów – nie podoba mu się i już. A skoro się nie podoba, trzeba to zepsuć, zniszczyć, pozbyć się jak najszybciej.  Zniwelować wariatów, których zachciewa się od życia czegoś więcej niż pilota w jednej dłoni i butelki piwa w drugiej. Niszczyć jest dużo łatwiej niż budować. Niestety.

Z całego serca kibicuję Kamienicy. Trochę to śmieszne, pewnie infantylne, ale wierzę, że dobro zawsze wygrywa. Mówiąc szczerze – nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Jestem po prostu jednym z tych wariatów z głową w chmurach. I mam nadzieję, że nigdy nie znormalnieję. 


Nie zostawiajcie teatru na pastwę losu. Kto chodzi, pomaga.

poniedziałek, 26 października 2015

Oda do Bogusia, czyli buntuję się przeciw niesprawiedliwości.

Napisałam post dwa dni temu. Nie dodałam go, ucząc się na wcześniejszych błędach - co zbyt emocjonalne, zazwyczaj zahacza o kicz. Przeczytałam dziś te moje notatki sprzed kilkudziesięciu godzin i pochwaliłam się za samokrytykę. Zaparzyłam śliwkową herbatę, umyłam włosy i kilka minut przed pierwszą zaczęłam pisać. Od nowa. Z tym samym tytułem. Z tą samą (nie)czułą apostrofą. Z żalem nieco mniejszym, ale wciąż żywym. No, po prostu zaczęłam pisać.

Bogusiu najdroższy,
nigdy nie byłam twoją fanką (nie bierz tego do siebie - przyciąga mnie zwyczajnie inne aktorstwo), ale teraz nagrabiłeś sobie u mnie konkretnie. Powinnam cię rozgrzeszyć, bo sama niedawno rzucałam kamieniami, ale ostatnio kiepsko u mnie z przebaczaniem, więc na rozgrzeszenie liczyć u mnie nie możesz.
Piszę do ciebie z akademika z Pragi, na korytarzu opary zioła, w kuchni syf, ale za oknem pięknie - jesiennie. Myślisz sobie teraz pewnie: lokalna patriotka za pięć groszy. A ja ci powiem, że nawet pięciu groszy bym za mój patriotyzm nie dała, bo - niestety - jeszcze dwa lata temu byłam ignorantem takim jak ty. A powiem ci, że chyba w życiu nie ma gorszej rzeczy od ignorancji.
Nie czuję się menelem, choć o twojej słynnej wypowiedzi dowiedziałam się w sobotni wieczór przy butelce wina. Myślę, że żyję, bo całkiem intensywnie chłonę świat, a przecież powinnam być umarłą, bo mi serce zabiło mocniej dla miasta umarłego - Łodzi. Może jestem zombi, nawet o tym nie wiedząc?
Dałeś ciała, Boguś. Przed tobą wielcy dali serce (Wajda z taką czułością mówił o Łodzi!), a ty dałeś ciała i niepotrzebnie narobiłeś sobie wrogów. A wystarczyło tylko ugryźć się w język. W imię zasad. Kto jak kto, ale ty powinieneś to wiedzieć. W imię zasad...
Łódź, kochany, trzeba umieć poczuć. Tak wiesz, otworzyć się na wszystko, co jest wokół; włóczyć się nocą albo wczesnym porankiem; iść w miejsca, w które iść nie polecają (zaopatrując się wcześniej w gaz pieprzowy lub różaniec - według upodobań); pojechać tramwajem na krańcówkę, zapominając migawki; zjeść żulika lub angielkę (nie mylić z żulem i Angielką!); na Zdrowiu na zdrowie wypić coś galantego i - w końcu - zakochać się niespodziewanie, z impetem w jakimś bałuciarzu (tudzież bałuciarce).
Nie będę zresztą się roztkliwiać, bo o Łodzi mogłabym długo (a jeszcze niedawno podsumowywałam ją przymiotnikiem ohydna, widzisz jak to nieładnie zamykać się światopoglądowo?). Nawet stąd nie pochodzę, ale chcę tego miasta bronić, bo - niestety - wciąż mnie drażni niesprawiedliwość i wciąż wierzę, że zbawię świat. I bliżej mi sto razy do niego niż do miasteczka, z którego pochodzę.
Komu brak tu kultury, pokazałeś wspaniale. My na jej brak nie cierpimy. A meneli spotkać można nie tylko w łódzkich bramach. To taka ciekawostka.
Z racji, że zrobiło się późno, a ja od rana biegnę poszerzać swoją wiedzę, zostawiam cię teraz z krótkim pytaniem: co ty, ku***, wiesz o Łodzi? 



Z tęsknoty za Łodzią pisze się listy... Parafrazując Pawlikowską-Jasnorzewską.