wtorek, 30 czerwca 2015

Biało-czerwony tramwaj z tęczą w tle, czyli... o kulturze w sieci.

Z tą kulturą to u niektórych na bakier. Nad Polską zajaśniała amerykańska tęcza. Zrobiło się kolorowo, a nawet - przez moment - przyjemnie. Aż cisną się na usta słowa – pełna kulturka, ale niestety kultury (podobnie jak tolerancji) to trzeba w tym wszystkim ze świecą szukać. A że się znajdzie - i tak gwarancji nie ma.
Kto nie lubi tęczy, ma jeszcze do wyboru barwy narodowe. Bo bycie patriotą to powód do dumy. Bo za Ojczyznę wskoczyłoby się w ogień. Bo konserwatywne poglądy są lepsze od wszystkich innych. A tak naprawdę – bo homofobom też się coś od życia należy.
Przyglądam się tym wszystkim pseudoakcjom z boku i nie dowierzam. Już od dawna nie dziwią mnie polsko-polskie wojny, ale wciąż nie potrafię odpowiedzieć sobie na proste pytanie: po co to wszystko?
Najgłośniej krzyczą oczywiście ci, którzy dawno zapomnieli o tym, że prawdziwe życie toczy się na ulicach, nie zaś za szklanym ekranem. Spotykam – przypadkiem, dla mnie średnio miłym – kogoś, kto dzień wcześniej pokolorował swoje zdjęcie profilowe na wszystkie kolory tęczy. Mija nas facet, lat trzydzieści parę, w czerwonych spodniach i szaliku pod szyją, na co słyszę konspiracyjny szept: Pedał jak nic! Krzywię się, odpowiadam, że pedały (w domyśle: rowerowe) to moi najlepsi przyjaciele i przeklinam w duchu wirtualną tolerancję, nie mającą żadnego rzeczywistego odbicia.
A co do patriotyzmu – na moim osiedlu 2-ego maja wisiało pięć flag. W rocznicę Powstania Warszawskiego – dwie. Na Fejsbuku wisi ich teraz kilkadziesiąt. 

Tęczowi – bądźcie równie piękni w życiu, co na swoich profilowych i nie plujcie na pedałów(y), bo i tęcza nie pomoże.
Biało-czerwoni – wszystko, co na pokaz, zazwyczaj niewiele jest warte. 

Biało-czerwony tramwaj z tęczą w tle.

czwartek, 25 czerwca 2015

Cygan w Polskim i ja w Polskim, czyli... mam szczęście.

Mam szczęście wypisane w oczach. Tak wczoraj, w południe, krzyknęła za mną cyganka, gdy biegłam na pociąg do Warszawy. To niesamowite, żeby ktoś miał takie szczęście, poczekaj panienko – nie poczekałam, krzyknęłam tylko przez ramię: ja też wciąż się dziwię; śpieszyło mi się do innego Cygana, do Teatru Polskiego, do Mistrza – Andrzeja Seweryna – na scenie. Jeszcze przed spektaklem słowa cyganki znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jakiś impuls, jakiś moment i… Mistrz idący w moim kierunku. Chwilowa utrata jasności myślenia zaowocowała na szczęście słowotokiem, nie głosem, który więźnie w gardle. Z tego wszystkiego zapomniałam, że idę na spektakl, prawie poszłam w przeciwną stronę, na szczęście (z którym się lubimy) w efekcie końcowym wylądowałam na widowni Teatru Polskiego. A tam – Cygan w Polskim. Życie jest piosenką.
Cygan, który nie cygani ani trochę. Opowiada z pasją o tym jak to jest być tekściarzem i co w tym zawodzie jest najprzyjemniejszego. Robi to z gawędziarską swobodą. Przytaczane przez niego anegdoty czasem bawią a czasem wzruszają publiczność . Pomiędzy słowem a muzyką (piosenką) zachowany jest idealny balans - niczego nie jest za dużo, niczego za mało, dzięki czemu dwie godziny wspólnie spędzonego czasu wydają się być krótką – ale jakże piękną – chwilą.
Piosenki napisane przez Cygana znają i nucą wszyscy. Łatwopalni, Porcelanowa pościel, Czas nas uczy pogody, C’est la vie… Podczas spektaklu publiczność za namową samego autora tekstów, włączyła się do wspólnego śpiewania (Śpiewałem w Teatrze Polskim – jak to brzmi!). Czasem bywało jednak tak, że wykonania aktorów Teatru Polskiego wbijały w fotel i poza głosem wykonawcy i muzyką, usłyszeć można było jedynie ciszę. A milknie się podobno najczęściej z zachwytu.
Trudno wyróżnić jedno wykonanie, jednego aktora, które zapada najgłębiej w pamięć. Próbując skoncentrować myśli i z dokładnością przypomnieć sobie wszystkie zaśpiewane piosenki, dochodzę do wniosku, że nie da się – po prostu nie da – mówić o  tym spektaklu powierzchownie, pisząc tylko kilka słów w stylu – zaśpiewali czysto, podobało się, brawa dostali. Każdy wykonawca zasługuje na chwilę uwagi i ukłon w jego kierunku. Obok żadnego nie można przejść obojętnie, chociażby dlatego, że w spektaklu było wszystko, wszystko oprócz obojętności.
Pierwszy ukłon dla Joanny Trzepiecińskiej – naprawdę nie chciałam stamtąd odejść, gdy zabrzmiała Samba przed rozstaniem w jej wykonaniu (Nie, nie możesz teraz odejść…). Mogłabym słuchać tego kilkadziesiąt razy pod rząd, a i tak miałabym dreszcze. Drugi ukłon dla Natalii Sikory – gdzie ja się uchowałam, nie znając kogoś tak utalentowanego? Cenię i uwielbiam Edytę Geppert, ale Jaka róża, taki cierń Sikory wybrzmiewa mi w uszach jeszcze dziś. Lidia Sadowa wzruszyła mnie Paryżem z pocztówek i mgły, a potem zaskoczyła interpretacją piosenki Intymnie. A śpiewał z nią Szymon Kuśmider – tutaj ukłon stokrotny. Jedno spojrzenie na aktora i już wie się wszystko, nie trzeba nawet słów – kocham to uczucie, a wróciło do mnie jak bumerang podczas Jabłoni, którą Kuśmider zaśpiewał mistrzowsko. Jeśli mowa o mistrzostwie, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o Andrzeju Sewerynie. Mury Kaczmarskiego znam od lat i płaczę za każdym razem, gdy jej słucham. Płakałam i wczoraj, gdy Seweryn śpiewał przejmująco tę przełożoną przez Jacka Cygana piosenkę (naprawdę jest ona katalońską piosenką o palu). Ukłony i owacje na stojąco dla wszystkich.
I choćbym nie wiem jak chciała, nie mogę zaśpiewać za Natalią Sikorą – wykonawczynią piosenki Popołudnie – że to był fatalny dzień…, bo dzień – a właściwie wieczór – w Polskim z Cyganem był po prostu magicznie zachwycający. Mam szczęście, że tam byłam.
A teraz nie piszę już więcej, bo przecież tekst to (tylko) pretekst. Czytając, szukajcie podtekstu. A jeśli nie uda Wam się go znaleźć, dopowiadam po cichu, szeptem:

Idźcie do Polskiego. Będzie Cygan. Pięknie będzie.





czwartek, 18 czerwca 2015

Nigdy nie zamieszkam w Łodzi, czyli nigdy nie mów nigdy.

Łódź jest okropna, zacofana i nigdy nie zamieszkam w tak obrzydliwym miejscu. To są słowa, które w przeszłości można było usłyszeć z moich ust wielokrotnie. Wszystkie uczucia, jakimi darzyłam to miasto były negatywne. Dochodziły do tego nie za dobre wspomnienia i garść uprzedzeń. Nie miałam w planie tu zamieszkać. To nie był mój plan B ani C. To nawet nie był plan Z. Zadecydował przypadek.
Nie jestem dobra w podejmowaniu poważnych decyzji. Z drugiej strony – nie mam natury filozofa i zamiast myśleć wolę działać, podejmować kroki, iść naprzód. Zależy mi na czasie i nie lubię marnować go na roztkliwianie się nad tym, co będzie dla mnie lepsze. Na moje nieszczęście, po maturze dostałam się na wszystkie uczelnie, na które złożyłam papiery. Byłoby dużo prościej, gdyby coś się nie udało. A tak – zadecydował jeden rzut monetą, jedna sekunda, jeden ruch. Wylądowałam w Łodzi – mieście, w którym miałam nigdy nie zamieszkać.
Nigdy nie mów nigdy. I nigdy nie mów o miejscach, ludziach, rzeczy, dopóki naprawdę ich nie poznasz. I nigdy nie nastawiaj się źle, nawet jeśli w perspektywie masz robienie czegoś, co wcale nie jest spełnieniem twoich marzeń. Nigdy też nie rób skwaszonej miny już na początku nowej gry – daj się ponieść. Ja popłynęłam tą łodzią i teraz mówię wprost – lubię tę moją Łódź.
Moja Łódź. Każdy ma swoje miejsca, które są dla niego szczególne i do których chce się wracać. Ulubiona ławka, drzewo, które skrywa wiele wspomnień, miasteczko nad morzem albo domek w górach. Ja wiem, że bez względu na to, gdzie w przyszłości rzuci mnie los (a już niedługo rzuci mnie nieco dalej stąd), patrząc wstecz będę się uśmiechać, bo moja Łódź to miejsce pełne magii i radości. Kawałek raju, na który bądź co bądź sama sobie zapracowałam.
Nic nie spada z nieba. Tak naprawdę wiele zależy od nas, choć z lenistwa, a może strachu, próbujemy sobie wmówić, że jest zupełnie inaczej. Że od nas zależy tylko trochę, a reszta to kwestia szczęścia, przypadku, ślepego losu. Ja staram się myśleć, że dużo zależy od… różowych okularów. Zgubiłam je przez moment, decydując się na studia tutaj. Potem je znalazłam i równocześnie znalazłam mnóstwo szans na to, żeby szara, brudna Łódź zrobiła się kolorowa. Chociaż dla mnie.
Zaczęłam z fioletową czapką z różowym, żarówiastym napisem horror. Miało być tematycznie. Lubię się gubić, zgubiłam się w Łodzi nie raz. Czasem celowo, częściej przez gapiostwo i roztrzepanie. Teraz gubię się tylko celowo – jadę gdzieś na przedmieścia, żeby iść na pieszo kilka, kilkanaście przystanków. Jestem włóczykijem, muszę chodzić, muszę obserwować, muszę poznawać na własnej skórze. I muszę wracać do miejsc, którym udało się mnie urzec. I takim sposobem w przeciągu dwóch lat wiem o Łodzi więcej niż niejeden łodzianin. Ale wciąż odkrywam. Wciąż się włóczę.
Wyszło mi trochę sentymentalnie i bardzo osobiście. Właściwie nie wiem po co to piszę, bo i tak nie trafiam w sedno, jestem gdzieś obok w tych moich zapisanych słowach, kilometry od myśli, które chciałabym wam przekazać. Znalazłam całkiem niedawno – podczas jednej z rowerowych wypraw, oczywiście w nieznane – moją ulubioną ławkę. Siedząc tam ostatnio, przemknęła mi przez głowę właśnie ta myśl – kocham to miasto. Muszę o tym napisać. Tylko żeby wyszło jakoś zgrabnie, nie za koślawo i nie na wyrost.
Mama śmiałaby się teraz ze mnie, pamiętając moje sceptyczne nastawienie. Ale przecież miejsca nie są puste, miejsca to ludzie, pomysły, tysiące podejmowanych decyzji i zaskakujące zwroty. Trzeba dawać miejscom szanse. Teraz to wiem.

A poza tym - każde miejsce to inna kultura.
A gdzie kultura, tam musi być miłość. Żadnego sceptycyzmu.

Widok z mojej ławki. Zabieram tylko wybranych.

niedziela, 31 maja 2015

Teatralny maj, czyli zawyżam statystyki.

Podobno maj jest najgorszym okresem dla teatrów. Dobrze, że teatry mają mnie. Wiem, do skromności mi daleko, ale prawda jest taka, że mój maj był bardzo teatralny. Na szczęście!
Dziesięć spektakli, każdy w innym miejscu. Dziesięć różnych historii i dziesięć różnych emocji. Dziesięć końców świata i dziesięć pomyłek (tramwajowych, autobusowych, życiowych czy jakichś tam niezidentyfikowanych). Dziesięć dni pełnowartościowych, z kropką postawioną nad i. Dziesięć kolorów szminek i dziesięciokrotne przechodzenie przez drzwi, zaczynając od lewej nogi.
Gdybym miała wybrać ulubiony spektakl moich majowych wędrówek… Chyba bym oszalała. Z jednej strony – były 32 omdlenia w mistrzowskiej obsadzie, na której widok mdleję, ale z drugiej strony – był Kamień z niesamowicie opowiedzianą historią. I była Zemsta, i Mistrz i Małgorzata, i… I nie pamiętam chyba już jak to było, gdy teatru było jak na lekarstwo. Przecież teatr jest lekarstwem na wszystko. Jest jak moje tabletki na nadciśnienie – muszą być brane systematycznie, żeby efekt był zadowalający. Systematycznie, czyli codziennie.
Maj powoli wygasa, ale idzie czerwiec. Kilka biletów już czeka na moment, gdy zabiorę je w torebce do teatru. Kilka jeszcze nie wie, że będę wkrótce ich szczęśliwą posiadaczką. Pomogłam uratować majowi teatralną twarz, ale czerwca też nie zostawię pozostawionego samemu sobie. Nie może być gorszy od maja. Musi być znowu minimum dziesiątka. Dla spokoju mojego i czerwca.




Miałam być wczoraj w teatrze w Warszawie, ale łapałam oddech. Wieńczącym maj spektaklem był więc Kamień. Na dniach przyjdzie nowe, nie mogę się doczekać. Tymczasem wczoraj dałam sobie chwilę na inną pasję i od rana (wstałam po szóstej) przejechałam kilkadziesiąt kilometrów na rowerze. Ostatnio zupełnie zdradziłam go z teatrem (jak większość innych pasji) i byłam mu to winna.

środa, 27 maja 2015

Kamień spadł mi z serca, czyli o łódzkim spektaklu dyplomowym.

Trochę ostatnio zwątpiłam. W ludzi, aktorów. Na zwątpienie, niepokój, bezsilność, na wszystko najlepszy jest teatr. Akurat w momencie apogeum zwątpienia przeczytałam informację o tym, że studenci łódzkiej Filmówki zagrają w Teatrze Studyjnym swój spektakl dyplomowy Kamień. Tu - w Łodzi, w tym miejscu - już ostatnie razy. Niepójście byłoby grzechem.
Zachwyciła mnie scenografia. Może dlatego, że lubię taki klimat, a może dlatego, że była po prostu pięknie przemyślana. Huśtawka w tle, ledwie widoczna, ciekawiła i przerażała. Duży stół - przy którym rozgrywała się większa część wydarzeń - postawiony w centralnym punkcie pełnił rolę nieodłącznego rekwizytu, świadka wszystkich rozmów, kłótni, strachu. Meble - poustawiane na sobie bez żadnego porządku - świadomie czy nieświadomie stały się symbolem pogrążonego w chaosie i braku harmonii życia bohaterów. Kamień? Był tam jakiś kamień?
Był. Mały, niepozorny. Żaden tam głaz, żadna skała. Ot, kamień. Ale przecież powszechnie wiadomo, że czasem najbardziej bolą rzeczy z pozoru błahe. Kamień rzeczywiście przewija się w całej historii. Krąży gdzieś od bohatera do bohatera, wciąż go ktoś szuka, ktoś za nim tęskni, ktoś go nienawidzi. Kamień jako przedmiot, kamień jako ciężar, którego nie sposób się pozbyć, a który skutecznie udaremnia wszelkie próby rozprawienia się z przeszłością. 
Dom, do którego otwierają się dla nas - widzów - drzwi jest dziwny i niepokojący. Piękny i zarazem przerażający. Jednak przede wszystkim - pełny tajemnic. Poznajemy jego historię opowiedzianą przez szóstkę bohaterów. Ale to nie są te same historie - różnią się wieloma szczegółami, emanują odmiennymi emocjami, przedstawiają inne fakty. Czy żył tu kiedyś bohater czy morderca? Czy powrót do tego domu jest błogosławieństwem czy przekleństwem? Na odpowiedź trzeba długo czekać, ale czas przed jej uzyskaniem pełen jest zaskakujących zwrotów akcji, które sprawiają, że chce się wiedzieć więcej i więcej, i więcej. 
Pisząc o Kamieniu, nie można nie napisać o aktorach. Ich aktorskie kreacje - śmiało mogę się pod tym podpisać - są prawdziwym majstersztykiem. Barbara Wypych w sposób niezauważalny przeistacza się ze schorowanej staruszki w młodą i kuszącą mężatkę. Robi to w sposób tak naturalny, że zaczyna pojawiać się w głowie pytacie: czy to czasem nie jest jakaś magiczna zagrywka teatralna, czy aktorka nie zostaje podmieniona? Na brawa zasługuje także odtwórczyni roli Mieze, Alicja Juszkiewicz - najpierw kobieta przepełniona pewnością siebie i ironią, za którymi tak naprawdę kryje się strach i cierpienie przed wyrokiem, jaki zostaje wydany na jej życie. Niesamowity jest fakt, że choć występujący w spektaklu aktorzy są w tym samym wieku, patrząc na nich naprawdę widzi się córkę, matkę, babcię, dziadka... To nie jest magia, to po prostu talent.

Dziękuję wam, kochani. Kamień spadł mi z serca i wróciła wiara. W ludzi, aktorów. Szczególnie młodych aktorów. Tych bez serc z kamienia. 
A kto Kamienia jeszcze nie widział, dziś i jutro jest jeszcze na to szansa. Podróż w przeszłość, podróż w siebie, podróż w emocje - to wszystko zagwarantowane w cenie biletu.


A ja... Dziś do teatru razy dwa.

poniedziałek, 25 maja 2015

O kochankach mojej mamy, czyli Mama x2.

Wiem, że bywam okropna. Złoszczę się o każdy najmniejszy szczegół. Że dzwoni do mnie codziennie i zadaje szczegółowe pytania. Że martwi się, gdy włóczę się sama po nocy. Że ciągle pyta, kiedy przyjadę do domu. Że nigdy mi nie wierzy, że nie zapominam o tabletkach na nadciśnienie. Że mówi mi: „uważaj na siebie” za każdym razem, gdy się rozstajemy. Że nie rozumie jak tak można żyć – ciągle na walizkach, bez chwili oddechu, w ciągłym zamyśleniu, bez snu.
Mamy zupełnie inne oczy, włosy, nosy. Ale ten sam uśmiech. I gdy ja odbieram Jej telefon, wszyscy myślą, że to Ona. A ja jestem wtedy dumna i szczęśliwa, bo choć wciąż temu zaprzeczam – chcę być jak Ona, chciałam od zawsze.
Nie umiem pisać i mówić o swoich uczuciach, Ona chyba wie to chyba najlepiej. Nie jestem typową kobietą – co mi zresztą zawsze powtarza, gdy śmieję się z tego, że uwielbia biżuterię i dziwię się, że płacze prawie na każdym filmie. Bo ja tak nie umiem. Ja jestem konkretna, myślę po męsku i wstyd mi się przyznać do tego, że ktoś dla mnie znaczy więcej niż cały świat.
Ale dziś się przyznam, Mamo.
Masz ze mną siedem światów. Siedemset siedem i o kilkadziesiąt więcej. Pewnie myślisz, że nie mam o tym zielonego pojęcia, bo wciąż oskarżam Cię o za spokojne  życie. Robię to z przekory, a tak naprawdę znakomicie zdaję sobie sprawę z tego, że to ja mam nierówno pod sufitem – bo wciąż gdzieś gnam, wciąż kupuje nowe bilety (teatralne, podróżnicze…), wciąż muszę robić coś nowego, bo szybko się nudzę, wciąż krzywię się na słowo odpoczynek, wciąż… A Ty mimo wszystko w tym moim wciąż… Wciąż mnie wspierasz, Mamo.
Przepraszam, że ze mną jak z papieżem – umówienie się na obiad graniczy z cudem. I że wracam do domu raz na ruski rok, rzucając w drzwiach – spieszę się – i już po kilkunastu godzinach biegnąc gdzieś dalej. I dziękuję, że stoisz za mną murem, że się już nie dziwisz, gdy dzwonię i opowiadam Ci o moich kolejnych planach, wielkich podróżach, nieprzespanych nocach. Dziękuję, bo bez Ciebie ten mój wariacki świat oszalałby już zupełnie.
I proszę, chodź ze mną częściej do teatru, bo przy Tobie najmniej wstydzę się płakać długo po przedstawieniu. Nawet jeśli złościsz się wtedy na mnie, szczególnie, gdy w pociągu robię się niemiła i zła, bo wszystko, co przyziemne, wydaje mi się nagle mało istotne. Sprowadzasz mnie do pionu, jednocześnie dając mi siłę i wiarę w to, że mogę wszystko.

Jesteś moja i najlepsza, i poszłabym na wojnę z każdym, kto powiedziałby o Tobie złe słowo, przysięgam – byłabym lepsza niż całe wojsko rosyjskie, gdyby ktoś Cię kiedyś skrzywdził.



A żeby nie było tak zupełnie bez kultury, skrobnę wam jeszcze trochę o... Kochankach mojej mamy. Tylko tym razem będzie o mamie, która - jak się często śmieje - oddała mnie kiedyś do adopcji, czyli Krystynie Jandzie. 
Film już kiedyś widział, ale szybko o nim zapomniałam. Zbierałam się na powrót do niego kilka tygodni, ciągle nie było czasu (naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio obejrzałam cały film) albo okazji, ale obiecałam sobie obejrzeć go przed Dniem Matki. W piątek w końcu znalazłam chwilę na oddech i czas dla siebie - to był dobry moment na obejrzenie Kochanków..., choć mój znajomy uznał, że chyba oszalałam totalnie skoro nazywam ten film filmem na odprężenie
Zakochałam się w chłopcu. Jedenastoletnim chłopcu, który opiekuje się swoją matką i który dba o wszystko - zaczynając od ugotowania makaronu, a kończąc na chowaniu przed matką noży i sznurów. Matka - alkoholiczka i lekomanka - kocha na swój sposób. Syna, bo siebie nie kocha ani trochę. W ogóle wie o sobie niewiele i ma problemy z emocjami, nad którymi nie potrafi zapanować. Po domu wciąż krążą mężczyźni, najczęściej pijani. Dużo tam alkoholu i łez. 
Oglądałam film z łzami w oczach - a jednak zdarza i mnie się wzruszyć! - i z ciekawością dziecka, jaki będzie jego finał. Gdy ekran zrobił się ciemny, wstrzymałam na chwilę oddech. 
Wszystko w tym filmie zachwyca, a Janda ze swoją ekspresyjną grą idealnie pasuje do swojej roli. Chłopak ma na twarzy wymalowane tysiące emocji. Mężczyźni - nawet ci sympatyczni - wywołują w widzu jakiś bliżej nieokreślony niepokój. Fabuła - choć krąży wciąż wokół tego samego tematu - nie nudzi. 
Kochankowie mojej mamy - polecam jako film na przemyślenie.


A ja znikam do teatru. Dobrze, że istnieje teatr, szczególnie dziś.

sobota, 23 maja 2015

250 lat, czyli trwaj wieki, teatrze publiczny.

Jakby wczoraj był Międzynarodowy Dzień Teatru - i moje przeżycia z Białą bluzką - a już mamy maj i już świętujemy Dzień Teatru Publicznego. A jest co świętować - 250 lat to niemało!
Często słyszę malkontencki zarzut - nie chodzę do teatru, bo drogo. Biorąc pod uwagę, że żyjemy w konsumenckim świecie i jesteśmy w stanie wydać 300 złoty na buty, takie słowa wydają mi się śmiesznie niepoważne. O cenach biletów teatralnych i o tym, jak łatwo trafić do teatru za grosze będzie wkrótce, a tymczasem...
Tysiące teatrofilów ma dzisiaj okazję odwiedzić teatr za 250 groszy. Całym sercem jestem zwolenniczką tej akcji. Widok kolejek po bilety do teatru był pokrzepiający! Chyba pierwszy raz w życiu widziałam takie teatralne ożywienie, teatralny BUM i teatralne zainteresowanie. Sto polskich teatrów publicznych w 44 miastach zaoferowało swoim widzom pulę tanich jak chleb (barszcz mi jakoś nie pasuje do teatru) biletów, o które toczyła się zawzięta walka (którą ja - de facto - przegrałam).
Kampanii towarzyszy też fantastycznie wymyślona akcja polegająca na udostępnianiu satyrycznych rysunków opierających się na grach słownych. Nie ma dramatu, jest komedia! Jak dla mnie zdecydowanie wygrywa ten rysunek:


Średnio optymistyczne, ale trafnie podsumowujące współczesną rzeczywistość. A wystarczyłoby tylko wyrzucić komputer na śmietnik, odłączyć WiFi, zalogować się do życia i iść to teatru. Jeśli chodzi o monodramy to polecam rzecz jasna KJ (pod - a raczej w - każdą postacią!). A jeśli nie po drodze Wam do Warszawy, a bliżej do Łodzi - w czerwcu można będzie zobaczyć AMOK i DIVA SHOW w wykonaniu Kamila Maćkowiaka. Idźcie przeżyć w teatrze, po co samemu przed komputerem?

A dziś - miłego świętowania! Tym, którym udało się zdobyć bilet za 250 groszy - udanego spektaklu. Niech się aktorom połamią nogi, a Wam zakręci w głowie. Tym, który mieli pecha i zostali bez biletu - 30 złoty to też niewiele, zainwestujcie! I niech się Wam też zakręci w głowie.


PS Musi być trochę prywaty - mojemu ukochanemu Teatrowi Polskiemu w Warszawie miliona kolejnych lat, tysięcy wspaniałych spektakli i wiernych widzów!