poniedziałek, 26 października 2015

Oda do Bogusia, czyli buntuję się przeciw niesprawiedliwości.

Napisałam post dwa dni temu. Nie dodałam go, ucząc się na wcześniejszych błędach - co zbyt emocjonalne, zazwyczaj zahacza o kicz. Przeczytałam dziś te moje notatki sprzed kilkudziesięciu godzin i pochwaliłam się za samokrytykę. Zaparzyłam śliwkową herbatę, umyłam włosy i kilka minut przed pierwszą zaczęłam pisać. Od nowa. Z tym samym tytułem. Z tą samą (nie)czułą apostrofą. Z żalem nieco mniejszym, ale wciąż żywym. No, po prostu zaczęłam pisać.

Bogusiu najdroższy,
nigdy nie byłam twoją fanką (nie bierz tego do siebie - przyciąga mnie zwyczajnie inne aktorstwo), ale teraz nagrabiłeś sobie u mnie konkretnie. Powinnam cię rozgrzeszyć, bo sama niedawno rzucałam kamieniami, ale ostatnio kiepsko u mnie z przebaczaniem, więc na rozgrzeszenie liczyć u mnie nie możesz.
Piszę do ciebie z akademika z Pragi, na korytarzu opary zioła, w kuchni syf, ale za oknem pięknie - jesiennie. Myślisz sobie teraz pewnie: lokalna patriotka za pięć groszy. A ja ci powiem, że nawet pięciu groszy bym za mój patriotyzm nie dała, bo - niestety - jeszcze dwa lata temu byłam ignorantem takim jak ty. A powiem ci, że chyba w życiu nie ma gorszej rzeczy od ignorancji.
Nie czuję się menelem, choć o twojej słynnej wypowiedzi dowiedziałam się w sobotni wieczór przy butelce wina. Myślę, że żyję, bo całkiem intensywnie chłonę świat, a przecież powinnam być umarłą, bo mi serce zabiło mocniej dla miasta umarłego - Łodzi. Może jestem zombi, nawet o tym nie wiedząc?
Dałeś ciała, Boguś. Przed tobą wielcy dali serce (Wajda z taką czułością mówił o Łodzi!), a ty dałeś ciała i niepotrzebnie narobiłeś sobie wrogów. A wystarczyło tylko ugryźć się w język. W imię zasad. Kto jak kto, ale ty powinieneś to wiedzieć. W imię zasad...
Łódź, kochany, trzeba umieć poczuć. Tak wiesz, otworzyć się na wszystko, co jest wokół; włóczyć się nocą albo wczesnym porankiem; iść w miejsca, w które iść nie polecają (zaopatrując się wcześniej w gaz pieprzowy lub różaniec - według upodobań); pojechać tramwajem na krańcówkę, zapominając migawki; zjeść żulika lub angielkę (nie mylić z żulem i Angielką!); na Zdrowiu na zdrowie wypić coś galantego i - w końcu - zakochać się niespodziewanie, z impetem w jakimś bałuciarzu (tudzież bałuciarce).
Nie będę zresztą się roztkliwiać, bo o Łodzi mogłabym długo (a jeszcze niedawno podsumowywałam ją przymiotnikiem ohydna, widzisz jak to nieładnie zamykać się światopoglądowo?). Nawet stąd nie pochodzę, ale chcę tego miasta bronić, bo - niestety - wciąż mnie drażni niesprawiedliwość i wciąż wierzę, że zbawię świat. I bliżej mi sto razy do niego niż do miasteczka, z którego pochodzę.
Komu brak tu kultury, pokazałeś wspaniale. My na jej brak nie cierpimy. A meneli spotkać można nie tylko w łódzkich bramach. To taka ciekawostka.
Z racji, że zrobiło się późno, a ja od rana biegnę poszerzać swoją wiedzę, zostawiam cię teraz z krótkim pytaniem: co ty, ku***, wiesz o Łodzi? 



Z tęsknoty za Łodzią pisze się listy... Parafrazując Pawlikowską-Jasnorzewską.

piątek, 9 października 2015

List gdzieś. Bez odbioru. Życzę wszystkiego.


Napisałam do niej kiedyś list:


Nigdy cię nie spotkałam i nigdy nie spotkam, ale napiszę, choć ty tego nigdy nie przeczytasz. Za dużo tego nigdy w tym liście, epatuje już od pierwszych słów. A wiem, choć cię znam tylko tyle, ile przeczytałam twoich wierszy, że ty też nie lubisz mówić nigdy i też sobie kpisz z tych wszystkich ograniczeń, które nakłada na nas życie. Którego ty już zresztą nie masz. A z którym ja nie umiem się jeszcze dobrze obchodzić.
Piszę, bo wiem, że mnie rozumiesz, podglądając mnie z tego świata, o którym ja nie mam jeszcze zielonego pojęcia, a w którym ty jesz teraz z czystym sercem lody malinowe. Z świata, w który ty do końca nie wierzyłaś, a przynajmniej nie przyznawałaś się do tej wiary wprost. Gdziekolwiek jesteś, uchyl rąbka chmur i wyjrzyj do mnie to opowiem ci co nieco o tym świecie, który zostawiłaś bezmyślnie, a który wciąż ma cię na myśli.
Wiem, że ty byś mi pomogła napisać poetycko o kalafiorze, tak, żeby nie wyszło to jak infantylna karykatura wiersza czy prozy, lecz jak mistrzostwo i awangarda. Trudne słowa, nie lubię trudnych słów, nie lubię utrudniać. Choć na ogół jest więcej rzeczy, które lubię, odkrywam je stopniowo. Nie pytam, czy wiesz o tym, bo nie możesz wiedzieć, chyba, że ten świat niedopowiedzeń, w którym teraz mieszkasz, pozwala wiedzieć więcej. Jeśli tak, to powinnam już skończyć pisać ten dziecinny list. Bo ty i tak wiesz wszystko.
Że najgorzej jak w pół zdania zaczyna się gotować woda na herbatę i trzeba wstać, zalać fusy wrzątkiem i wrócić po minucie do urwanych słów i urwanej weny. Że najlepiej jak jedzie się rowerem do jakiegoś donikąd i dojeżdża się do lasu, zjada jagody (nierozsądne), a potem pisze w strachu w taki sposób, który innym zatyka dech w piersiach.
Wiesz to czy nie? Patrzę na ciebie na fotografii i myślę, że rozumiesz mnie lepiej niż tysiące osób, które są o krok ode mnie. O krok za daleko, żeby zrozumieć cokolwiek.
Naprawdę myślę, że bliżej mi do ciebie niż do kogokolwiek innego. Nikomu się do tego nie przyznam, nie wprost, bo wiem, co sobie o tym pomyślą. Że wykpią i popukają się w czoło, zostawiając mnie z przekonaniem, że ja naprawdę jestem wariatką. Co więcej – wariatką jakich mało. Mało mam snu ostatnio. Więc rozmawiam sobie z tobą po cichu, jak już śpią ci wszyscy najmądrzejsi, jak nie ma nas kto podglądać. Czytam o tobie, ciebie czytam i to jest nasza rozmowa, bo nigdy przecież nie dasz mi słów namacalnych, urodziłam się na to za późno, powiedziałabyś: pech. A tak bym chciała usłyszeć to twoje niesfornie niedoskonałe er. Nie napijemy się razem wina i nie weźmiemy życia na gorąco. Może tam, po tej drugiej stronie. Daj znak czy tam jest wino, bo jeśli nie ma, będę musiała upchnąć jedno ziemskie do plecaka.
Czytaj sobie mnie często i poprawiaj błędy, często nie wiem jak trafić w punkt, żeby poruszyć właściwą strunę. Ty byłaś mistrzynią w celowaniu prosto w ludzką duszę. Chciałabym, żeby i mnie się udało nie stać w szeregu.


Dziś kończyłaby 79 lat, ale czas się dla niej zatrzymał i już nie ma więcej, ani mniej. Czasem myślę naiwnie, że może gdybym urodziła się dwa lata później – po jej śmierci – udałoby mi się uchwycić cząstkę jej duszy z tym niezwykłym talentem zaklinania prostej codzienności w słowa. Rozsądek nie jest moją cechą, tak jak i nie był jej.
Życzę jej wszystkiego, nie wiedząc zupełnie, co mogłoby ją najbardziej uszczęśliwić.
Czerwone kapelusze, podróże, drugi człowiek, Saska Kępa, druga młodość?...



I życzę – również wszystkiego – jej przyjaciółce, Magdzie Umer, która śpiewa tak, jak pisała Osiecka – prosto w duszę. I dzięki, której wzruszam się i poruszam na każdej Białej bluzce. To trio - Osiecka, Umer, Janda – jest moim ulubionym trio na całym świecie.



Z fioletowym parasolem, takim jak Osiecka ma na zdjęciu, idę w świat, żeby nie stać w szeregu i żeby kupić bordowy kapelusz, bo przecież...



Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości. 
- A. Osiecka

... i kapeluszy.



środa, 23 września 2015

... patrzeć jak wszystko zostaje w tyle, czyli jesień u progu.

Milczałam ostatnio, ale zawsze milczę, gdy dzieje się dużo, a szczególnie, gdy dzieje się dużo dobrego. Jestem trochę bez weny, ale jesień i herbata malinowa namawiają mnie do napisania kilku słów, paru przemyśleń, czegokolwiek. Nie umiem nie pisać, nawet jeśli wychodzi mi to koślawo, jak dziś.
Przez ten miesiąc blogowej ciszy, udało mi się schaotyzować kulturalnie do granic możliwości. Od ponad dwóch tygodni próbuję napisać recenzję (czyt. subiektywny, naładowany emocjonalnie felieton) o Marii Callas. Master Class, spektaklu, który zobaczyłam w Och-Teatrze. Na próżno, każde słowo wydaje mi się za małe i śmieszne w stosunku do tego, jak czułam się wbita z zachwytu w fotel (nowy!). Ale jeszcze napiszę!
Dwa dni temu wróciłam z Festiwalu Filmowego w Gdyni, po którym nadal trudno wrócić mi do rzeczywistości. Szukałam dziś w antykwariatach książki Noce i dnie Dąbrowskiej, po Diamentowych Lwach dla Antczaka i Barańskiej i rozmowie z nimi, czuję, że muszę wrócić do tej pozycji - z nowo zdobytą wrażliwością i zapałem. Pisząc o festiwalu, nie mogę nie napisać o tym, co jest jak zadra w palcu, z tą różnicą, że przyjemnie uwierająca. Nie udało mi się obejrzeć osiemnastu filmów z Konkursu Głównego - graniczyłoby to chyba z cudem, biorąc pod uwagę inne obowiązki i nasze hedonistyczne zapędy. Byłam więc pół świadoma, a pół nic niewiedząca, bo właśnie magiczną połowę udało mi się zobaczyć. Na szczęście - największe! - nie przeoczyłam Nocy Walpurgi, filmu, który jest właśnie tą zadrą i tymi emocjami, które - pomimo tego, że od seansu minęło kilka dni - nie przestają dawać o sobie znać. Jeśli macie okazję, idźcie do kin. Idźcie gdziekolwiek, gdzie będą jego projekcje. Idźcie, bo to jeden z tych filmów, do których chce się wracać i które zmieniają absolutnie wszystko, choć pozornie - przy pierwszym zetknięciu - mogą wydawać się zupełnie przeciętne. Nie było wcale tak, że wyszłam z kina oszołomiona i rozentuzjazmowana (co często zdarza mi się po wyjściu z teatru). Szłyśmy nadmorskim bulwarem w milczeniu, dym papierosowy gryzł w policzki, ktoś w końcu zapytał: No i jak ci się podobało? Jak mi się podobało? Nie wiem, nie mam pojęcia, w ogóle to nie chce mi się gadać i... No nawet, mocne. Jak mocne, przekonałam się dopiero o poranku, gdy moją pierwszą myślą tuż po przebudzeniu był kadr filmowy, a kolejnymi myślami - mnożące się pytania: Jakim cudem? Dlaczego? To było naprawdę?
To był też ten moment, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, jaki podziw wywołała we mnie Małgorzata Zajączkowska - aktorka, o której wcześniej, rzecz jasna, słyszałam, ale która pozostawała gdzieś w cieniu moich innych aktorskich autorytetów. Teraz mam ochotę kląć na ten cień i mam szczerą nadzieję, że po tym filmie wszystko się zmieni - że jeszcze nie raz i nie dwa zobaczymy panią Małgosię na dużym ekranie, w rolach równie genialnych jak ta z Nocy Walpurgi. 


Zaskoczyły mnie też Panie Dulskie, na które poszłam z czysto egoistycznych pobudek - zobaczenia Krystyny Jandy - a które okazały się filmem godnym polecenia, szczególnie jeśli jest się otwartym na alternatywny sposób ujęcia dulszczyzny. Historia uwspółcześniona, momentami trochę zagmatwana (może wynika to z koloru moich włosów, ale początkowo myliła mi się chronologia tego filmu). Kreacje aktorskie przemyślane, postacie zróżnicowane pod względem charakteru. Trochę Zapolskiej, trochę Bajona, z naciskiem na Bajona. Proponuję nie zrażać się wcześniejszymi Ślubami panieńskimi, daleko im do tego filmu, naprawdę.
Tkwiąc wciąż w humorze festiwalowym, wybrałam się dzisiaj - przy okazji oczywiście - na podbój księgarń i antykwariatów. Gdyńskie hotele dla książek nie okazały się dla mnie łaskawe, ale Łódź sprostała wymaganiom już na samym początku i takim sposobem jestem szczęśliwą właścicielką biografii Gajosa (co zabawniejsze, nie miałam pojęcia, że dziś są jego urodziny - wielkie ukłony dla Mistrza; zdobyte nagrody są chyba najlepszym dowodem na to, że mamy do czynienia z aktorskim geniuszem i, na dodatek, przesympatycznym człowiekiem), książki Stuhra, znalezionej przypadkiem książki o ekranizacji Tataraku (z pięknymi zdjęciami z planu!), Stu najważniejszych scen filmu polskiego i Ziemi Obiecanej Reymonta (przy okazji rozwiązałam dzisiaj chyba zagadkę, skąd moja wielka miłość do Ziemi... jako książki - nie tylko o Łódź tu chodzi, ale - znowu - o astrologię, Reymont urodził się tego samego dnia, co ja!).
Tak zauważam, że u mnie ostatnio bardziej filmowo niż teatralnie i ściska mnie w gardle, gdy wiem, że do polskiego teatru trafię dopiero w listopadzie. Przyszła jesień, czas na zmiany - bo u mnie zawsze jesień równa się wszystkiemu, co najpiękniejsze. A że zmiany są dla mnie synonimem szczęścia, spełnia się od pierwszego dnia ta moja miłości do jesieni, przynoszącej oprócz kolorowych liści, kakao i wełnianych czapek, magię i pomyślność.

Tulę wirtualnie wszystkich, dzięki którym FFG był niezapomnianym przeżyciem, a ostatnia noc - przygodą nie do podrobienia. Za rok powtórka, a tymczasem... Z ciastem śliwkowym czekam na ciąg dalszy pożegnań i już pojutrze... będę patrzeć jak wszystko zostaje w tyle, a jednocześnie na horyzoncie pojawia się nowe. 
Następnym razem odezwę się z innego miejsca na Ziemi.
Niech się dzieje dobro, żyjmy!


piątek, 21 sierpnia 2015

Niektórzy lubią..., więc piszmy.

Niektórzy lubią poezję.
Niektórzy
- czyli nie wszyscy.


Niektórzy myślą też, że poezja jest dla wybrańców. Że zrozumieć te wszystkie metafory, epitety i górnolotne słowa potrafią tylko jednostki. A z poezją jest chyba trochę jak z teatrem - każdy w niej znajdzie coś dla siebie, trzeba tylko chcieć szukać.
Pisałam wiersze odkąd pamiętam. Wiersze - to o wiele za dużo słowo! Ostatnio Mama przyniosła mi do pokoju fioletowy zeszyt A4. Zamknęłam go tak szybko, jak szybko otworzyłam. Rymy częstochowskie, wszędzie miłość byle jaka, grafomania jednym słowem. Po chwili rozgrzeszyłam samą siebie sprzed kilkunastu lat (wiersz pierwszy - lat 6 i pół) i zaczęłam czytać. Szymborska to nie jest, ale... Gdzie człowiek zostawia najwięcej siebie jeśli nie w wierszach?
U mnie z poezją poszło lawinowo. Jak ze wszystkim. Na początku był Twardowski. Nie wiem skąd mi się wziął i czemu właśnie on. Miałam naście lat, chaos w głowie większy niż dziś i byłam bardzo na bakier z wszystkim, co związane z religią. A to właśnie Twardowskiego czytałam po kątach, w nocy pod kołdrą, w autobusie. Do dziś zresztą przeciskając się przez tłum, mruczę często pod nosem:

jadę z innymi tramwajem
biegnę z innymi ulicą
nadziwić się nie mogę
swej duszy tajemnicą

Po Twardowskim był i Herbert, i Różewicz, i Szymborska. Przyszedł czas i na Baczyńskiego, ale do niego musiałam dorosnąć. Osiecką zachłysnęłam się najpóźniej, ale i najmocniej. Trafia w punkt każdym słowem. Do każdej sytuacji odnajduję w jej wierszach właściwe słowa. 

Meldowana nielegalnie,
gdzie normalnych ludzi setka,
wizytówkę mam na wannie:
- półkobita, półpoetka.

Od Mamy zaraziłam się wiele lat temu Leśmianem. Pamiętam doskonale jak recytowałyśmy razem historię o dwojgu ludzieńkach:

I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga,
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga.
Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata,
by wrócić na ziemię - lecz nie było jak świata.

Czasem poczytam Przyborę, czasem Świetlickiego. Z nieufnością patrzę na współczesną poezję, ale daję szansę każdemu: ile ludzi, tyle przeżyć - ile przeżyć, tyle wierszy.

A najbardziej lubię - od całkiem niedawna - wiersze z odzysku.




Dziś Dzień Poetów. Nam wszystkim - bo chyba każdy w swoim życiu napisał choć jeden wiersz - przeżyć godnych wierszy i wierszy godnych przeżyć!

piątek, 14 sierpnia 2015

Ja z teatru, bez telewizora.

Jadę w największy upał - termometry w stolicy pokazują 48 stopni - pociągiem z teatru. W przedziale piekło, co nie jest już dla mnie szokujące, opóźnienie o dziwo minimalne - dwudziestominutowe, miłe zaskoczenie. Osiem na osiem miejsc zajętych. Kreatywność na pełnych obrotach - wszystkie gazety, bilety i przypadkowo znalezione kartki zamieniają się w wachlarze. Nikt nic nie mówi, tylko pani na przeciwko mnie ma tysiące problemów. Jednym z nich jest fakt, że młode blondynki są takie niewychowane, że nóż się w kieszeni otwiera. Domyślam się, że mogę być jej ofiarą, więc zerkam nerwowo w kierunku jej torebki. Noża nie ma, tak myślę. Jedziemy.
Wywiązuje się dyskusja, typowa dla pociągowych znajomości - kto skąd i dokąd jedzie. Spowiadamy się po kolei - ci wracają z gór, starsza pani od córki z Krakowa, jeszcze ktoś inny od lekarza, moja hipotetyczna morderczyni - z pracy, sprzedaje bilety na pociąg, 12 godzin dziennie, co dwa dni. Pot się ze mnie leje, w głowie ciągle żywe obrazy ze spektaklu, nie mogę znaleźć biletu, a widzę zbliżającego się konduktora, więc rzucam tylko niedbale: ja z teatru. I wtedy słyszę najgłupsze pytanie: A po co to łazić do teatru? Telewizji pani nie ma? Parafrazując - nóż się w kieszeni otwiera.
Ślę moje ulubione spojrzenie spod byka i ostentacyjnie zakładam na uszy słuchawki. Widzę, że niezadowolona współpasażerka rusza jeszcze ustami, ale ja już jej nie słyszę - muzyka podgłośniona na maksa. Po chwili nie wytrzymuję. Pani tak serio? - pytam, słysząc w swoim głosie agresywny ton. Czuję, że będzie wojna, a na wojnę nie mam chwilowo sił. Nie czekam, więc na odpowiedź. Mówię, że owszem - nie mam telewizora i że łazi się do teatru z co najmniej stu powodów. 
W domu leżę przy wentylatorze. Nogi na zimnej ścianie. Obok lemoniada. Na rozrzuconych kartkach zapisuję.

1. Po mądrość.
2. Po kreatywność.
3. Po wzruszenie. 
4. Po odwagę.
5. Po samego siebie.
6. Po tolerancję.
7. Po nowe spojrzenie na sprawy ważne i mniej ważne.
8. Po zrozumienie.
9. Po bliskość i przyjaźń.
10. Po takie szczęście niewyobrażalne.
11. Po optymizm i różowe okulary.
...
...

Powody mnożą się same. 
Kilka dni później zostawiam tę długą listę, schowaną w kopercie, w kasie biletowej na Dworcu Centralnym. Spotykamy się znowu w pociągu, przypadkiem trochę zaplanowanym. Kiwa mi głową. Jedziemy, bez opóźnienia, w mniejszej temperaturze niż ostatnio, w proporcji trzy na osiem. Milczymy. Gdzieś w okolicach Żyrardowa pani spod okna pyta: A panie skąd wracają? Zastanawiam się - będzie ta wojna czy jej nie będzie? Z pracy. Kolej na mnie. Zanim odpowiadam, słyszę: A ta pani pewnie z teatru. Zazdroszczę. Tyle lat nie byłam w teatrze... To był błąd. Uśmiechamy się do siebie. 


czwartek, 30 lipca 2015

"Czy o kimś ktoś będzie prawdę mógł znać?...", czyli o Atramentowej muzyce.


Czytała wtedy wiersze Wisławy Szymborskiej. Trafiła w sedno, bo i ja byłam wtedy w humorze szymborskim. Powtarzałam za nią pod nosem dobrze znane mi słowa, cytaty z wierszy poetki.
Niebo mam za plecami, pod ręką i na powiekach.
Niebo owija mnie szczelnie i unosi od spodu.
Wierzyło się jej na słowo - nawet nie jej, czyjeś. Potem nagle zaczynała śpiewać, publiczność wstawała, klaskała, ktoś zaczął tańczyć. Moja chrzestna – którą zabrałam na ten recital – w ciągu kilkunastu minut przeszła metamorfozę. Szła do teatru zmęczona i zrezygnowana - chciało mi się śmiać, gdy zobaczyłam ją trzymającą pod rękę przypadkowego mężczyznę i tańczącą zorbę. Pomyślałam wtedy, że teatr jak zawsze działa cuda. I że pozwala istnieć cudom.
Że pozwolił zaistnieć Stanisławie Celińskiej.
Minęło kilka lat. Zapomniałam o tamtych wydarzeniach. Wstyd pisać, ale i o Celińskiej zapomniałam. Pomimo podróżowania z teatru do teatru, nigdy nie trafiłam na żaden spektakl, w którym grała. Nie było nam do siebie po drodze.
Na początku czerwca znowu wylądowałam w Warszawie. To był szaleńczy dzień - zgubiłam wtedy w pociągu żakiet, urwał mi się guzik od koszuli i na domiar złego zapomniałam szminki. A przecież nie chodzę do teatru bez szminki. Nie miałam dużo czasu, wbiegłam na dworcu do najbliższej drogerii, wzięłam pierwszą lepszą szminkę, nie sprawdzając nawet jej odcienia i pobiegłam do kasy.
Stopklatka. Nie zdążyłam dobiec do kasy. Stanęłam pomiędzy regałami, z szminką w dłoni, z głupim – jak przypuszczam – wyrazem twarzy i ślepo gapiłam się  w jeden punkt. Wzrok, węch, dotyk – zawiodły mnie wszystkie zmysły. Oprócz słuchu. Z głośników płynęła muzyka.

Wiedziałam już, że zaraz pobiegnę do sklepu, żeby kupić Atramentową. Obił mi się gdzieś wcześniej ten tytuł o uszy. Ale dopiero gdy o uszy obiły mi się słowa piosenki, zatrzymałam się na dłużej. Znalazłam czas w momencie, w którym nie miałam czasu. Przez chwilę było mi wszystko jedno – mogłam spóźnić się do teatru, mogłam nie mieć wystarczająco pieniędzy na szminkę, mogłam spać na dworcu. Byle jej słuchać.
Do teatru zdążyłam. W powrotnej drodze, w pociągu, co chwila rozchylałam z zachwytu moje pomalowane na czerwono usta. Łapiąc słaby zasięg internetowy, udało mi się ściągnąć na komórkę jedną z piosenek. Zapętlałam ją przez półtoragodzinną jazdę. Atramentowa czekała w torbie.
Odtąd nie rozstaję się z tą wrażliwością. Znam na pamięć wszystkie teksty piosenek, nucę je, jadąc rowerem i pijąc popołudniową kawę. Spieram się w myślach z samą sobą o to, która z piosenek jest moją ulubioną. Zarażam kogo się da tą miłością. Wzruszam się do łez i odnajduję wenę.
Tęsknię do takiego aktorstwa i do takiego głosu, do – przede wszystkim – takiej szczerości, mądrości i piękna. Do takiej dojrzałości, punktu w życiu, gdy mówi się wprost o tym, co się nie udało i o tym, co najpiękniejsze, o Bogu, o świecie, o drugim człowieku.

Przytulam Celińską  - aktorkę, piosenkarkę, człowieka z sercem na dłoni. 


czwartek, 23 lipca 2015

Teatralne włóczykijstwo, czyli o tym jak trudno usiedzieć w miejscu.

Przestań już tak łazić, posiedziałabyś trochę - to najbardziej znienawidzone zdanie. Tuż po nich jest wiele innych: ile można tak się włóczyć?; znów gdzieś jedziesz, bez sensu!; czy ty kiedyś dorośniesz? Na to ostatnie odpowiadam agresywnie i z niecierpliwością krótkim nie. Nie, bo nie chcę być nadętym bufonem, jakich wielu wśród dorosłych, który krzywo patrzy, gdy ktoś idzie boso przez kałuże albo maże kredą po chodnikach wiersze. 
Jako mniej dorosłe dziecko nie lubiłam Muminków, ale mimo to zdarzało mi się czasem je oglądać. Nie bałam się Buki, raczej mnie śmieszyła. Mała Mi działała mi na nerwy. Podkochiwałam się we Włóczykiju. Był mądry, oczytany i... przyjemnie smutny. Nie tym smutkiem, który plącze się z malkontenctwem, którego nie cierpię, ale tym, który świadczy o czyjejś dojrzałości (nie mylić z dorosłością!). Włóczykij się włóczył, pojawiał się i znikał, a ja tęsknie wypatrywałam go na ekranie. Może już wtedy widziałam w nim trochę siebie?
Bo że jestem włóczykijem przekonałam się dość szybko. Daleko mi do domatorstwa. Nie odpoczywam, siedząc w łóżku z książką i herbatą. Odpoczywam, idąc ulicą, z książką w dłoni, potykając się o chodniki i jedząc topiące się lody. Na pytanie: gdzie idziesz, gdzie jedziesz?, odpowiadam często, że nie wiem, bo skąd mam niby wiedzieć, gdzie akurat poniosą mnie myśli? Tu albo tam, bliżej albo dalej, gdzieś na pewno.
Dziś jest Dzień Włóczykija. Od wczoraj jestem w domu i to już dla mnie za długo, więc rano mimowolnie przeglądałam podróżnicze strony, teatralne repertuary (wszystkie teatralne podróże są tymi najpiękniejszymi), kulturalne wydarzenia. Byle się gdzieś zawłóczyć i nogami powłóczyć. Mignęła mi gdzieś informacja o tym Dniu Włóczykija, włączyłam muminkowy odcinek o teatrze i odnalazłam w szafce muminkową książkę. Otworzyłam przypadkowo. 

Teatr to nie jest ani salon, ani też przystań dla statków. Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, gdyż tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi, i jakimi są.

 

Nie miałam pojęcia, że jeden z moich ulubionych teatralnych cytatów jest muminkowym cytatem. I jakoś wszystko złożyło mi się w całość - włóczenie się i teatr, ciągłe podróże i ciągły niedosyt sztuki. Nie umiem zrezygnować z podróży, nie umiem zrezygnować z teatru, więc się włóczę od teatru do teatru, od państwa do państwa i wtedy czuję się najszczęśliwsza, bo włóczęgo-teatralna