piątek, 21 sierpnia 2015

Niektórzy lubią..., więc piszmy.

Niektórzy lubią poezję.
Niektórzy
- czyli nie wszyscy.


Niektórzy myślą też, że poezja jest dla wybrańców. Że zrozumieć te wszystkie metafory, epitety i górnolotne słowa potrafią tylko jednostki. A z poezją jest chyba trochę jak z teatrem - każdy w niej znajdzie coś dla siebie, trzeba tylko chcieć szukać.
Pisałam wiersze odkąd pamiętam. Wiersze - to o wiele za dużo słowo! Ostatnio Mama przyniosła mi do pokoju fioletowy zeszyt A4. Zamknęłam go tak szybko, jak szybko otworzyłam. Rymy częstochowskie, wszędzie miłość byle jaka, grafomania jednym słowem. Po chwili rozgrzeszyłam samą siebie sprzed kilkunastu lat (wiersz pierwszy - lat 6 i pół) i zaczęłam czytać. Szymborska to nie jest, ale... Gdzie człowiek zostawia najwięcej siebie jeśli nie w wierszach?
U mnie z poezją poszło lawinowo. Jak ze wszystkim. Na początku był Twardowski. Nie wiem skąd mi się wziął i czemu właśnie on. Miałam naście lat, chaos w głowie większy niż dziś i byłam bardzo na bakier z wszystkim, co związane z religią. A to właśnie Twardowskiego czytałam po kątach, w nocy pod kołdrą, w autobusie. Do dziś zresztą przeciskając się przez tłum, mruczę często pod nosem:

jadę z innymi tramwajem
biegnę z innymi ulicą
nadziwić się nie mogę
swej duszy tajemnicą

Po Twardowskim był i Herbert, i Różewicz, i Szymborska. Przyszedł czas i na Baczyńskiego, ale do niego musiałam dorosnąć. Osiecką zachłysnęłam się najpóźniej, ale i najmocniej. Trafia w punkt każdym słowem. Do każdej sytuacji odnajduję w jej wierszach właściwe słowa. 

Meldowana nielegalnie,
gdzie normalnych ludzi setka,
wizytówkę mam na wannie:
- półkobita, półpoetka.

Od Mamy zaraziłam się wiele lat temu Leśmianem. Pamiętam doskonale jak recytowałyśmy razem historię o dwojgu ludzieńkach:

I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga,
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga.
Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata,
by wrócić na ziemię - lecz nie było jak świata.

Czasem poczytam Przyborę, czasem Świetlickiego. Z nieufnością patrzę na współczesną poezję, ale daję szansę każdemu: ile ludzi, tyle przeżyć - ile przeżyć, tyle wierszy.

A najbardziej lubię - od całkiem niedawna - wiersze z odzysku.




Dziś Dzień Poetów. Nam wszystkim - bo chyba każdy w swoim życiu napisał choć jeden wiersz - przeżyć godnych wierszy i wierszy godnych przeżyć!

piątek, 14 sierpnia 2015

Ja z teatru, bez telewizora.

Jadę w największy upał - termometry w stolicy pokazują 48 stopni - pociągiem z teatru. W przedziale piekło, co nie jest już dla mnie szokujące, opóźnienie o dziwo minimalne - dwudziestominutowe, miłe zaskoczenie. Osiem na osiem miejsc zajętych. Kreatywność na pełnych obrotach - wszystkie gazety, bilety i przypadkowo znalezione kartki zamieniają się w wachlarze. Nikt nic nie mówi, tylko pani na przeciwko mnie ma tysiące problemów. Jednym z nich jest fakt, że młode blondynki są takie niewychowane, że nóż się w kieszeni otwiera. Domyślam się, że mogę być jej ofiarą, więc zerkam nerwowo w kierunku jej torebki. Noża nie ma, tak myślę. Jedziemy.
Wywiązuje się dyskusja, typowa dla pociągowych znajomości - kto skąd i dokąd jedzie. Spowiadamy się po kolei - ci wracają z gór, starsza pani od córki z Krakowa, jeszcze ktoś inny od lekarza, moja hipotetyczna morderczyni - z pracy, sprzedaje bilety na pociąg, 12 godzin dziennie, co dwa dni. Pot się ze mnie leje, w głowie ciągle żywe obrazy ze spektaklu, nie mogę znaleźć biletu, a widzę zbliżającego się konduktora, więc rzucam tylko niedbale: ja z teatru. I wtedy słyszę najgłupsze pytanie: A po co to łazić do teatru? Telewizji pani nie ma? Parafrazując - nóż się w kieszeni otwiera.
Ślę moje ulubione spojrzenie spod byka i ostentacyjnie zakładam na uszy słuchawki. Widzę, że niezadowolona współpasażerka rusza jeszcze ustami, ale ja już jej nie słyszę - muzyka podgłośniona na maksa. Po chwili nie wytrzymuję. Pani tak serio? - pytam, słysząc w swoim głosie agresywny ton. Czuję, że będzie wojna, a na wojnę nie mam chwilowo sił. Nie czekam, więc na odpowiedź. Mówię, że owszem - nie mam telewizora i że łazi się do teatru z co najmniej stu powodów. 
W domu leżę przy wentylatorze. Nogi na zimnej ścianie. Obok lemoniada. Na rozrzuconych kartkach zapisuję.

1. Po mądrość.
2. Po kreatywność.
3. Po wzruszenie. 
4. Po odwagę.
5. Po samego siebie.
6. Po tolerancję.
7. Po nowe spojrzenie na sprawy ważne i mniej ważne.
8. Po zrozumienie.
9. Po bliskość i przyjaźń.
10. Po takie szczęście niewyobrażalne.
11. Po optymizm i różowe okulary.
...
...

Powody mnożą się same. 
Kilka dni później zostawiam tę długą listę, schowaną w kopercie, w kasie biletowej na Dworcu Centralnym. Spotykamy się znowu w pociągu, przypadkiem trochę zaplanowanym. Kiwa mi głową. Jedziemy, bez opóźnienia, w mniejszej temperaturze niż ostatnio, w proporcji trzy na osiem. Milczymy. Gdzieś w okolicach Żyrardowa pani spod okna pyta: A panie skąd wracają? Zastanawiam się - będzie ta wojna czy jej nie będzie? Z pracy. Kolej na mnie. Zanim odpowiadam, słyszę: A ta pani pewnie z teatru. Zazdroszczę. Tyle lat nie byłam w teatrze... To był błąd. Uśmiechamy się do siebie. 


czwartek, 30 lipca 2015

"Czy o kimś ktoś będzie prawdę mógł znać?...", czyli o Atramentowej muzyce.


Czytała wtedy wiersze Wisławy Szymborskiej. Trafiła w sedno, bo i ja byłam wtedy w humorze szymborskim. Powtarzałam za nią pod nosem dobrze znane mi słowa, cytaty z wierszy poetki.
Niebo mam za plecami, pod ręką i na powiekach.
Niebo owija mnie szczelnie i unosi od spodu.
Wierzyło się jej na słowo - nawet nie jej, czyjeś. Potem nagle zaczynała śpiewać, publiczność wstawała, klaskała, ktoś zaczął tańczyć. Moja chrzestna – którą zabrałam na ten recital – w ciągu kilkunastu minut przeszła metamorfozę. Szła do teatru zmęczona i zrezygnowana - chciało mi się śmiać, gdy zobaczyłam ją trzymającą pod rękę przypadkowego mężczyznę i tańczącą zorbę. Pomyślałam wtedy, że teatr jak zawsze działa cuda. I że pozwala istnieć cudom.
Że pozwolił zaistnieć Stanisławie Celińskiej.
Minęło kilka lat. Zapomniałam o tamtych wydarzeniach. Wstyd pisać, ale i o Celińskiej zapomniałam. Pomimo podróżowania z teatru do teatru, nigdy nie trafiłam na żaden spektakl, w którym grała. Nie było nam do siebie po drodze.
Na początku czerwca znowu wylądowałam w Warszawie. To był szaleńczy dzień - zgubiłam wtedy w pociągu żakiet, urwał mi się guzik od koszuli i na domiar złego zapomniałam szminki. A przecież nie chodzę do teatru bez szminki. Nie miałam dużo czasu, wbiegłam na dworcu do najbliższej drogerii, wzięłam pierwszą lepszą szminkę, nie sprawdzając nawet jej odcienia i pobiegłam do kasy.
Stopklatka. Nie zdążyłam dobiec do kasy. Stanęłam pomiędzy regałami, z szminką w dłoni, z głupim – jak przypuszczam – wyrazem twarzy i ślepo gapiłam się  w jeden punkt. Wzrok, węch, dotyk – zawiodły mnie wszystkie zmysły. Oprócz słuchu. Z głośników płynęła muzyka.

Wiedziałam już, że zaraz pobiegnę do sklepu, żeby kupić Atramentową. Obił mi się gdzieś wcześniej ten tytuł o uszy. Ale dopiero gdy o uszy obiły mi się słowa piosenki, zatrzymałam się na dłużej. Znalazłam czas w momencie, w którym nie miałam czasu. Przez chwilę było mi wszystko jedno – mogłam spóźnić się do teatru, mogłam nie mieć wystarczająco pieniędzy na szminkę, mogłam spać na dworcu. Byle jej słuchać.
Do teatru zdążyłam. W powrotnej drodze, w pociągu, co chwila rozchylałam z zachwytu moje pomalowane na czerwono usta. Łapiąc słaby zasięg internetowy, udało mi się ściągnąć na komórkę jedną z piosenek. Zapętlałam ją przez półtoragodzinną jazdę. Atramentowa czekała w torbie.
Odtąd nie rozstaję się z tą wrażliwością. Znam na pamięć wszystkie teksty piosenek, nucę je, jadąc rowerem i pijąc popołudniową kawę. Spieram się w myślach z samą sobą o to, która z piosenek jest moją ulubioną. Zarażam kogo się da tą miłością. Wzruszam się do łez i odnajduję wenę.
Tęsknię do takiego aktorstwa i do takiego głosu, do – przede wszystkim – takiej szczerości, mądrości i piękna. Do takiej dojrzałości, punktu w życiu, gdy mówi się wprost o tym, co się nie udało i o tym, co najpiękniejsze, o Bogu, o świecie, o drugim człowieku.

Przytulam Celińską  - aktorkę, piosenkarkę, człowieka z sercem na dłoni. 


czwartek, 23 lipca 2015

Teatralne włóczykijstwo, czyli o tym jak trudno usiedzieć w miejscu.

Przestań już tak łazić, posiedziałabyś trochę - to najbardziej znienawidzone zdanie. Tuż po nich jest wiele innych: ile można tak się włóczyć?; znów gdzieś jedziesz, bez sensu!; czy ty kiedyś dorośniesz? Na to ostatnie odpowiadam agresywnie i z niecierpliwością krótkim nie. Nie, bo nie chcę być nadętym bufonem, jakich wielu wśród dorosłych, który krzywo patrzy, gdy ktoś idzie boso przez kałuże albo maże kredą po chodnikach wiersze. 
Jako mniej dorosłe dziecko nie lubiłam Muminków, ale mimo to zdarzało mi się czasem je oglądać. Nie bałam się Buki, raczej mnie śmieszyła. Mała Mi działała mi na nerwy. Podkochiwałam się we Włóczykiju. Był mądry, oczytany i... przyjemnie smutny. Nie tym smutkiem, który plącze się z malkontenctwem, którego nie cierpię, ale tym, który świadczy o czyjejś dojrzałości (nie mylić z dorosłością!). Włóczykij się włóczył, pojawiał się i znikał, a ja tęsknie wypatrywałam go na ekranie. Może już wtedy widziałam w nim trochę siebie?
Bo że jestem włóczykijem przekonałam się dość szybko. Daleko mi do domatorstwa. Nie odpoczywam, siedząc w łóżku z książką i herbatą. Odpoczywam, idąc ulicą, z książką w dłoni, potykając się o chodniki i jedząc topiące się lody. Na pytanie: gdzie idziesz, gdzie jedziesz?, odpowiadam często, że nie wiem, bo skąd mam niby wiedzieć, gdzie akurat poniosą mnie myśli? Tu albo tam, bliżej albo dalej, gdzieś na pewno.
Dziś jest Dzień Włóczykija. Od wczoraj jestem w domu i to już dla mnie za długo, więc rano mimowolnie przeglądałam podróżnicze strony, teatralne repertuary (wszystkie teatralne podróże są tymi najpiękniejszymi), kulturalne wydarzenia. Byle się gdzieś zawłóczyć i nogami powłóczyć. Mignęła mi gdzieś informacja o tym Dniu Włóczykija, włączyłam muminkowy odcinek o teatrze i odnalazłam w szafce muminkową książkę. Otworzyłam przypadkowo. 

Teatr to nie jest ani salon, ani też przystań dla statków. Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, gdyż tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi, i jakimi są.

 

Nie miałam pojęcia, że jeden z moich ulubionych teatralnych cytatów jest muminkowym cytatem. I jakoś wszystko złożyło mi się w całość - włóczenie się i teatr, ciągłe podróże i ciągły niedosyt sztuki. Nie umiem zrezygnować z podróży, nie umiem zrezygnować z teatru, więc się włóczę od teatru do teatru, od państwa do państwa i wtedy czuję się najszczęśliwsza, bo włóczęgo-teatralna


wtorek, 30 czerwca 2015

Biało-czerwony tramwaj z tęczą w tle, czyli... o kulturze w sieci.

Z tą kulturą to u niektórych na bakier. Nad Polską zajaśniała amerykańska tęcza. Zrobiło się kolorowo, a nawet - przez moment - przyjemnie. Aż cisną się na usta słowa – pełna kulturka, ale niestety kultury (podobnie jak tolerancji) to trzeba w tym wszystkim ze świecą szukać. A że się znajdzie - i tak gwarancji nie ma.
Kto nie lubi tęczy, ma jeszcze do wyboru barwy narodowe. Bo bycie patriotą to powód do dumy. Bo za Ojczyznę wskoczyłoby się w ogień. Bo konserwatywne poglądy są lepsze od wszystkich innych. A tak naprawdę – bo homofobom też się coś od życia należy.
Przyglądam się tym wszystkim pseudoakcjom z boku i nie dowierzam. Już od dawna nie dziwią mnie polsko-polskie wojny, ale wciąż nie potrafię odpowiedzieć sobie na proste pytanie: po co to wszystko?
Najgłośniej krzyczą oczywiście ci, którzy dawno zapomnieli o tym, że prawdziwe życie toczy się na ulicach, nie zaś za szklanym ekranem. Spotykam – przypadkiem, dla mnie średnio miłym – kogoś, kto dzień wcześniej pokolorował swoje zdjęcie profilowe na wszystkie kolory tęczy. Mija nas facet, lat trzydzieści parę, w czerwonych spodniach i szaliku pod szyją, na co słyszę konspiracyjny szept: Pedał jak nic! Krzywię się, odpowiadam, że pedały (w domyśle: rowerowe) to moi najlepsi przyjaciele i przeklinam w duchu wirtualną tolerancję, nie mającą żadnego rzeczywistego odbicia.
A co do patriotyzmu – na moim osiedlu 2-ego maja wisiało pięć flag. W rocznicę Powstania Warszawskiego – dwie. Na Fejsbuku wisi ich teraz kilkadziesiąt. 

Tęczowi – bądźcie równie piękni w życiu, co na swoich profilowych i nie plujcie na pedałów(y), bo i tęcza nie pomoże.
Biało-czerwoni – wszystko, co na pokaz, zazwyczaj niewiele jest warte. 

Biało-czerwony tramwaj z tęczą w tle.

czwartek, 25 czerwca 2015

Cygan w Polskim i ja w Polskim, czyli... mam szczęście.

Mam szczęście wypisane w oczach. Tak wczoraj, w południe, krzyknęła za mną cyganka, gdy biegłam na pociąg do Warszawy. To niesamowite, żeby ktoś miał takie szczęście, poczekaj panienko – nie poczekałam, krzyknęłam tylko przez ramię: ja też wciąż się dziwię; śpieszyło mi się do innego Cygana, do Teatru Polskiego, do Mistrza – Andrzeja Seweryna – na scenie. Jeszcze przed spektaklem słowa cyganki znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jakiś impuls, jakiś moment i… Mistrz idący w moim kierunku. Chwilowa utrata jasności myślenia zaowocowała na szczęście słowotokiem, nie głosem, który więźnie w gardle. Z tego wszystkiego zapomniałam, że idę na spektakl, prawie poszłam w przeciwną stronę, na szczęście (z którym się lubimy) w efekcie końcowym wylądowałam na widowni Teatru Polskiego. A tam – Cygan w Polskim. Życie jest piosenką.
Cygan, który nie cygani ani trochę. Opowiada z pasją o tym jak to jest być tekściarzem i co w tym zawodzie jest najprzyjemniejszego. Robi to z gawędziarską swobodą. Przytaczane przez niego anegdoty czasem bawią a czasem wzruszają publiczność . Pomiędzy słowem a muzyką (piosenką) zachowany jest idealny balans - niczego nie jest za dużo, niczego za mało, dzięki czemu dwie godziny wspólnie spędzonego czasu wydają się być krótką – ale jakże piękną – chwilą.
Piosenki napisane przez Cygana znają i nucą wszyscy. Łatwopalni, Porcelanowa pościel, Czas nas uczy pogody, C’est la vie… Podczas spektaklu publiczność za namową samego autora tekstów, włączyła się do wspólnego śpiewania (Śpiewałem w Teatrze Polskim – jak to brzmi!). Czasem bywało jednak tak, że wykonania aktorów Teatru Polskiego wbijały w fotel i poza głosem wykonawcy i muzyką, usłyszeć można było jedynie ciszę. A milknie się podobno najczęściej z zachwytu.
Trudno wyróżnić jedno wykonanie, jednego aktora, które zapada najgłębiej w pamięć. Próbując skoncentrować myśli i z dokładnością przypomnieć sobie wszystkie zaśpiewane piosenki, dochodzę do wniosku, że nie da się – po prostu nie da – mówić o  tym spektaklu powierzchownie, pisząc tylko kilka słów w stylu – zaśpiewali czysto, podobało się, brawa dostali. Każdy wykonawca zasługuje na chwilę uwagi i ukłon w jego kierunku. Obok żadnego nie można przejść obojętnie, chociażby dlatego, że w spektaklu było wszystko, wszystko oprócz obojętności.
Pierwszy ukłon dla Joanny Trzepiecińskiej – naprawdę nie chciałam stamtąd odejść, gdy zabrzmiała Samba przed rozstaniem w jej wykonaniu (Nie, nie możesz teraz odejść…). Mogłabym słuchać tego kilkadziesiąt razy pod rząd, a i tak miałabym dreszcze. Drugi ukłon dla Natalii Sikory – gdzie ja się uchowałam, nie znając kogoś tak utalentowanego? Cenię i uwielbiam Edytę Geppert, ale Jaka róża, taki cierń Sikory wybrzmiewa mi w uszach jeszcze dziś. Lidia Sadowa wzruszyła mnie Paryżem z pocztówek i mgły, a potem zaskoczyła interpretacją piosenki Intymnie. A śpiewał z nią Szymon Kuśmider – tutaj ukłon stokrotny. Jedno spojrzenie na aktora i już wie się wszystko, nie trzeba nawet słów – kocham to uczucie, a wróciło do mnie jak bumerang podczas Jabłoni, którą Kuśmider zaśpiewał mistrzowsko. Jeśli mowa o mistrzostwie, nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o Andrzeju Sewerynie. Mury Kaczmarskiego znam od lat i płaczę za każdym razem, gdy jej słucham. Płakałam i wczoraj, gdy Seweryn śpiewał przejmująco tę przełożoną przez Jacka Cygana piosenkę (naprawdę jest ona katalońską piosenką o palu). Ukłony i owacje na stojąco dla wszystkich.
I choćbym nie wiem jak chciała, nie mogę zaśpiewać za Natalią Sikorą – wykonawczynią piosenki Popołudnie – że to był fatalny dzień…, bo dzień – a właściwie wieczór – w Polskim z Cyganem był po prostu magicznie zachwycający. Mam szczęście, że tam byłam.
A teraz nie piszę już więcej, bo przecież tekst to (tylko) pretekst. Czytając, szukajcie podtekstu. A jeśli nie uda Wam się go znaleźć, dopowiadam po cichu, szeptem:

Idźcie do Polskiego. Będzie Cygan. Pięknie będzie.





czwartek, 18 czerwca 2015

Nigdy nie zamieszkam w Łodzi, czyli nigdy nie mów nigdy.

Łódź jest okropna, zacofana i nigdy nie zamieszkam w tak obrzydliwym miejscu. To są słowa, które w przeszłości można było usłyszeć z moich ust wielokrotnie. Wszystkie uczucia, jakimi darzyłam to miasto były negatywne. Dochodziły do tego nie za dobre wspomnienia i garść uprzedzeń. Nie miałam w planie tu zamieszkać. To nie był mój plan B ani C. To nawet nie był plan Z. Zadecydował przypadek.
Nie jestem dobra w podejmowaniu poważnych decyzji. Z drugiej strony – nie mam natury filozofa i zamiast myśleć wolę działać, podejmować kroki, iść naprzód. Zależy mi na czasie i nie lubię marnować go na roztkliwianie się nad tym, co będzie dla mnie lepsze. Na moje nieszczęście, po maturze dostałam się na wszystkie uczelnie, na które złożyłam papiery. Byłoby dużo prościej, gdyby coś się nie udało. A tak – zadecydował jeden rzut monetą, jedna sekunda, jeden ruch. Wylądowałam w Łodzi – mieście, w którym miałam nigdy nie zamieszkać.
Nigdy nie mów nigdy. I nigdy nie mów o miejscach, ludziach, rzeczy, dopóki naprawdę ich nie poznasz. I nigdy nie nastawiaj się źle, nawet jeśli w perspektywie masz robienie czegoś, co wcale nie jest spełnieniem twoich marzeń. Nigdy też nie rób skwaszonej miny już na początku nowej gry – daj się ponieść. Ja popłynęłam tą łodzią i teraz mówię wprost – lubię tę moją Łódź.
Moja Łódź. Każdy ma swoje miejsca, które są dla niego szczególne i do których chce się wracać. Ulubiona ławka, drzewo, które skrywa wiele wspomnień, miasteczko nad morzem albo domek w górach. Ja wiem, że bez względu na to, gdzie w przyszłości rzuci mnie los (a już niedługo rzuci mnie nieco dalej stąd), patrząc wstecz będę się uśmiechać, bo moja Łódź to miejsce pełne magii i radości. Kawałek raju, na który bądź co bądź sama sobie zapracowałam.
Nic nie spada z nieba. Tak naprawdę wiele zależy od nas, choć z lenistwa, a może strachu, próbujemy sobie wmówić, że jest zupełnie inaczej. Że od nas zależy tylko trochę, a reszta to kwestia szczęścia, przypadku, ślepego losu. Ja staram się myśleć, że dużo zależy od… różowych okularów. Zgubiłam je przez moment, decydując się na studia tutaj. Potem je znalazłam i równocześnie znalazłam mnóstwo szans na to, żeby szara, brudna Łódź zrobiła się kolorowa. Chociaż dla mnie.
Zaczęłam z fioletową czapką z różowym, żarówiastym napisem horror. Miało być tematycznie. Lubię się gubić, zgubiłam się w Łodzi nie raz. Czasem celowo, częściej przez gapiostwo i roztrzepanie. Teraz gubię się tylko celowo – jadę gdzieś na przedmieścia, żeby iść na pieszo kilka, kilkanaście przystanków. Jestem włóczykijem, muszę chodzić, muszę obserwować, muszę poznawać na własnej skórze. I muszę wracać do miejsc, którym udało się mnie urzec. I takim sposobem w przeciągu dwóch lat wiem o Łodzi więcej niż niejeden łodzianin. Ale wciąż odkrywam. Wciąż się włóczę.
Wyszło mi trochę sentymentalnie i bardzo osobiście. Właściwie nie wiem po co to piszę, bo i tak nie trafiam w sedno, jestem gdzieś obok w tych moich zapisanych słowach, kilometry od myśli, które chciałabym wam przekazać. Znalazłam całkiem niedawno – podczas jednej z rowerowych wypraw, oczywiście w nieznane – moją ulubioną ławkę. Siedząc tam ostatnio, przemknęła mi przez głowę właśnie ta myśl – kocham to miasto. Muszę o tym napisać. Tylko żeby wyszło jakoś zgrabnie, nie za koślawo i nie na wyrost.
Mama śmiałaby się teraz ze mnie, pamiętając moje sceptyczne nastawienie. Ale przecież miejsca nie są puste, miejsca to ludzie, pomysły, tysiące podejmowanych decyzji i zaskakujące zwroty. Trzeba dawać miejscom szanse. Teraz to wiem.

A poza tym - każde miejsce to inna kultura.
A gdzie kultura, tam musi być miłość. Żadnego sceptycyzmu.

Widok z mojej ławki. Zabieram tylko wybranych.