sobota, 9 maja 2015

Zemdleć można ze śmiechu, czyli 32 omdlenia w Teatrze Polonia.

- Idę na Czechowa, więc nie będzie za tydzień zajęć - mówię moim dzieciakom ze szkoły językowej. 
- A gdzie chowa? - krzyczy jeden z chłopców, który zawsze ma coś do powiedzenia.
- Ale kto? - pytam zdziwiona, jest piątkowe po południe po intensywnym tygodniu, więc niemałą trudność sprawia mi łączenie faktów.
- No ten Czech cały. Co on chowa i po co?
Śmieję się, a chłopiec robi złą minę, bo jemu wcale nie jest do śmiechu - chce jak najszybciej dowiedzieć się, co też takiego chowa ten cały Czech, że jego pani od angielskiego koniecznie musi go zobaczyć.
- Hm - zastanawiam się jak wybrnąć - chowa Krystynę Jandę, Jerzego Stuhra i Ignacego Gogolewskiego w 32. omdleniach. Znacie ich?
- Ja znam Jandę, ona jest najlepszą polską aktorką, prawda? Ale czemu oni będą mdleć i to na dodatek aż 32 razy?...
- Nie mam pojęcia - wzruszam ramionami - ale mam nadzieję, że ja nie zemdleję ze wrażenia, widząc na scenie takie trio.

Nie zemdlałam, za to popłakałam się ze śmiechu kilkakrotnie. Czytałam Czechowa już nie raz i nie dwa - nie znać Mew, Trzech Sióstr czy Wiśniowego sadu byłoby co najmniej dziwne - ale przyznaję się bez bicia, że nigdy nie sięgnęłam po mniej znane jednoaktówki. Jak to dobrze, że istnieje Teatr Polonia i rzuca światło na nieco schowane w cieniu sztuki, teksty, sprawy, wydarzenia, ludzi.
32 omdlenia Czechowa są jak magnez - przyciągają dosłownie wszystkim: obsadą, mistrzowsko napisanym tekstem, kostiumami. Na scenie stoją tylko trzy krzesła (do których w Historii zakulisowej dołącza garderobiany wieszak na ubrania), a mimo tego widz ma wrażenie, że właśnie znalazł się w innym świecie, z którego wcale nie ma ochoty się wracać. A wszystko to dzięki fenomenalnej grze aktorskiej.
Bezsprzecznie pierwsze skrzypce gra Jerzy Stuhr. Widziałam chyba wszystkie filmy, w których zagrał, przeczytałam każdą jego książkę, ale zobaczenie Stuhra na scenie było moim debiutem. Przez cały spektakl czułam się onieśmielona. Że też można tak grać! Całym sobą - słowem, gestem, tonem głosu. Właściwie aż do teraz trudno mi uwierzyć, że wszystko było tylko grą - aktorstwo Stuhra wydaje mi się tak naturalne, że byłabym skora uwierzyć, że on naprawdę jest z innych czasów, naprawdę drga mu powieka, gdy się złości, naprawdę pilnie żąda zwrotu pieniędzy i tak dalej, i tak dalej. Aż chciałoby się zawołać: ciemność, widzę ciemność... przed oczami - z zachwytu!
Zobaczyć gotującą się Krystynę Jandę - to również był mój debiut. A jednocześnie bodziec, do uświadomienia sobie jak wielką mają moc Czechow i Stuhr, którzy zostali wczoraj przeze mnie okrzyknięci liderami w produkowaniu endorfin. Nie będę po raz enty rozkładać na czynniki pierwsze fenomenu aktorstwa Jandy, ale nie mogę też przemilczeć znakomitej kreacji Natalii (w drugiej części spektaklu - Oświadczynach). Nonszalancja połączona z niesamowitym wdziękiem. Nie sposób było oderwać oczu. Ktoś za mną szepnął: ona jest niezastąpiona, a ja przytaknęłam mu w duchu po stokroć.
I Ignacy Gogolewski! Samym zaszczytem jest móc zobaczyć go na scenie, choćby przez kilka sekund. Tymczasem w 32 omdleniach dostajemy potężną dawkę gogolewskiego mistrzostwa. Sposób, w jaki się wypowiada, w jaki buduje postać jest równie zachwycający, co niemożliwy do podrobienia. Mało współczesnych aktorów dba o taką czystość wypowiedzi, o rytmikę, modulację, właściwe akcentowanie. Słuchając go, miałam wrażenie, że podobałoby mi się nawet wtedy, gdy czytałby instrukcję obsługi żelazka. Gdyby udało mi się kiedyś dojść choć w połowie do takiej dykcji, jaką może pochwalić się Gogolewski, byłabym najszczęśliwszą osobą na ziemi.
Tak naprawdę trudno pisać o każdym z aktorów z osoba, bo tak naprawdę są oni idealnie skomponowaną całością. Da się odczuć, że aktorskiemu trio wspólne przebywanie na scenie po prostu sprawia przyjemność. A dzięki temu widzom udziela się atmosfera przyjaźni - czują się swobodnie, żywo reagują na komiczne sytuacje.
Już nic więcej Wam nie zdradzę, poradzę jedynie, żeby na któryś z wieczorów kupić bilet do Teatru Polonia i pozwolić sobie na niezwykłą podróż pełną uśmiechu i płynącej ze sceny serdeczności.
Aktorom, reżyserowi, twórcom - kolejnych 150. spektakli (dzisiaj święto!) z niesłabnącą frekwencją i entuzjazmem. Żebyście, tak jak Czechow, żyli wiecznie!

Zdjęcie ze strony Teatru Polonia KLIK
Ja z pewnością wybiorę się na ten spektakl w niedalekiej przyszłości jeszcze raz. Omdlewać ze śmiechu w takim towarzystwie to czysta przyjemność!

Tymczasem znikam na 33. FST i Mistrza i Małgorzatę w wykonaniu studentów AT. Recenzję znajdziecie w nocy/nad ranem. Wyjątkowo nie tutaj, lecz na stronie festiwalowej gazety Tupot.


czwartek, 7 maja 2015

O czym zaśpiewał obrusik?

Jestem już oficjalnie starsza, więc może napiszę dziś coś mądrzejszego niż dotychczas. Bardzo bym tego chciała, bo pisać niemądrze o 33. Festiwalu Szkół Teatralnych po prostu nie wypada.
Miałam to szczęście uczestniczyć we wtorek w Inauguracji 33. Festiwalu Szkół Teatralnych. Studenci III roku Wydziału Aktorskiego łódzkiej Filmówki w mistrzowski sposób przedstawili blaski i cienie (z naciskiem na to drugie) zawodu aktora i jego niepewnej przyszłości. Sporo parodii, dużo satyry i dawka naprawdę pozytywnej energii.
Nikt nie lubi słuchać przemówień (a przynajmniej ja nikogo takiego nie znam), tylko nieliczni lubią je wygłaszać, ale słuchać Mariusza Grzegorzka - rektora Szkoły Filmowej - to sama przyjemność. Podczas jego przemowy zdecydowanie nastąpiła wymiana energii, o której wspomniał, nawiązując do głównej idei spotkań odbywających się podczas festiwalu - spotkań młodych aktorów z widownią, spotkań mniej czy bardziej oficjalnych, spotkań ważnych. 
To właśnie Mariusz Grzegorzek wyreżyserował i napisał scenariusz do pierwszego pełnometrażowego filmu dyplomowego. "Śpiewający obrusik", bo tak brzmi tytuł tegoż filmu, to owoc pracy studentów IV roku Wydziału Aktorskiego Szkoły Filmowej. O czym opowiada? Nie chcąc zbytnio ujawniać szczegółów, trudno pisać o konwencji czy tematyce filmu. Ja znalazłam w nim dla siebie dużo dobrego. Oglądałam film z ciekawością - której nie brakowało chyba nikomu, w końcu to pierwszy - taki - raz - i zazdrością. Tam naprawdę było, co grać! Studenci mieli pole do popisu, każda rola była wyzwaniem - jak to z dyplomami bywa. Jednym szło gorzej, innym lepiej, ale mnie serce skradła zdecydowanie Kaja Walden - drobna dziewczyna z wielkim talentem. Było w jej grze coś takiego, co nie pozwalał oderwać od niej oczu. Siła, moc, ekspresja, a jednocześnie spokój, prostota, minimalizm. 
"Śpiewający obrusik" składa się z czterech etiud. Każda z nich jest zupełnie inna, każda pełna treści, każda z przesłaniem, każda czymś przyciąga i każe na chwilę zastanowić się... Nad sobą, światem, kimś stojącym obok, sztuką.


Trzymam kciuki za wszystkich uczestników 33. Festiwalu Szkół Teatralnych. Twórcom gratuluję wspaniałej inicjatywy i przybywających pomysłów. Niech się toczy, jak najdłużej!

Mój dzisiejszy dzień obył się bez teatru, ale za to zawarł w sobie spotkanie z Zamachowskim (jaki to ciepły człowiek!). Starsza o rok, idę spać, jutro kierunek Warszawa i w końcu KJ na scenie!
A w sobotę wrócimy do 33. FST. "Mistrz i Małgorzata" - czytać kocham, jak będzie z oglądaniem spektaklu?


wtorek, 5 maja 2015

Żeby wszyscy się tak mścili, czyli o "Zemście" Och-Teatru.

Co roku – w maju – dzieją się rzeczy dziwne (w przyjemnym tego słowa znaczeniu). Nie wiem czy to za sprawą moich urodzin, czy magii tego miesiąca, ale tradycją stało się to, że  rokrocznie wygrywam na początku maja przeróżne konkursy. Zupełnie przypadkowo.
Jakieś dwa tygodnie temu dowiedziałam się, że aktorzy Och-Teatru zagrają w Łodzi „Zemstę”. Och-Teatr, „Zemsta”, Łódź! Kolejność wyrazów przypadkowa; smutek, jaki się za mną wlókł przez ostatnie dni – już nie. Marzył mi się ten spektakl z tysiąca różnych powodów, od szalenie prozaicznych (bo jestem od teatru uzależniona) po bardziej górnolotne (bo Żak i Barciś, za którymi szaleję odkąd jako kilkuletnie dziecko zauroczyłam się „Miodowymi latami”). Marzył mi się, marzył, ale bilety z nieba nie spadają. A ja i tak przekraczam granice rozsądku, kupując ich po kilka tygodniowo.
Wczoraj rano jeszcze sobie westchnęłam, czytając zapowiedź nadchodzącego spektaklu. Już pogodziłam się jako tako z losem i doszłam do wniosku, że „nie ma tego złego…” - sztukę zobaczę innym razem. Ale jak to mówią – przed przeznaczeniem nie uciekniesz.
Spektakl o 20:30, a ja po 17-ej wygrałam dwa bilety. Odbierałam akurat ze sklepu bransoletkę z motywem maski teatralnej, gdy doszła do mnie wiadomość z wyczekiwanym słowem: „gratulujemy”. Szaleńcze tempo, biała bluzka (już nigdy mi się nie będzie kojarzyć zwyczajnie), autobus na Plac Dąbrowskiego, teatr! Uwierzyłam dopiero, trzymając bilety w dłoni. Na dodatek – szósty rząd, idealnie naprzeciwko środka sceny. Dziecko szczęścia pozdrawia. I zaczyna recenzować.

Zdjęcie ze strony Och-Teatru KLIK

„Zemstę” Fredry oglądałam w teatrze kilka razy. To sztuka z gatunku tych, które nigdy się nie nudzą. Niektóre fragmenty znam już doskonale na pamięć (kiedyś przyszło mi grać Klarę!), a mimo tego, to właśnie one bawią mnie najbardziej.
Widziałam na scenie różnych Cześników i różnych Papkinów, ale Cezary Żak i Artur Barciś zatarli grą aktorską wspomnienia o wszystkich swoich poprzednikach. Papkin (grany przez Barcisia) wbiegł na scenę z prędkością światła, całkowicie skupiając na sobie uwagę widowni. I tak zostało już do końca. Historia toczyła się gdzieś w tle, ale dla mnie bezkonkurencyjny był cały czas on – tchórzliwy (za to odważny w słowach), dziecinny, pazerny na pieniądze błazen, którego można pokochać od pierwszego wejrzenia. Nie wyobrażam sobie dzieła Fredry bez Papkina. A Papkina nie umiem już sobie od wczoraj wyobrazić bez Barcisia.
Scena pisania przez Cześnika (a raczej Dyndalskiego) listu do Rejenta to scena, na którą czekam zawsze z niecierpliwością. Żak dyktujący słowa poprzecinane gęsto powiedzeniem „mocium panie” – mistrzowski! Nie lubię oglądać seriali i nie mam o nich zielonego pojęcia, ale do „Miodowych lat” wracam nierzadko. A w tej scenie widziałam mimikę i sposób zachowania Karola Krawczyka. Trudno było powstrzymać śmiech. Zresztą – bez sensu byłoby to robić, za tak komiczną grę aktorom należał się dowód na to, że radzą sobie fenomenalnie!
Podstolina grana przez Violę Arlak mogłaby śmiało zaśpiewać za Kaliną Jędrusik – „bo we mnie jest seks!”. Wpaść na pomysł zagrania Hanny w ten sposób – to było coś. Czytając „Zemstę”, nie lubiłam Podstoliny, nudziła mnie i była taka… bezpłciowa. Zupełnie inna niż Arlak. Na szczęście!
Na scenie widać było swobodę, a jednocześnie precyzję. Każdy gest, spojrzenie, zachowanie idealnie współgrało z całą konwencją przedstawienia. Dwie godziny minęły jak z bicza strzelił, żal było pożegnać aktorów, dzięki którym przez cały ten czas uśmiech nie schodził z twarzy.
Jeszcze raz ukłony w kierunku Artura Barcisia. Tak niskie, jak nisko kłaniał się on przed Klarą i Podstoliną.


A ja tymczasem biegnę na Inaugurację Festiwalu Szkół Teatralnych. Relacja już wkrótce, zaglądajcie!

środa, 29 kwietnia 2015

A na pewnej ławce na Piotrkowskiej...

Siedzenie w domu wiosną powinno być zaliczane do siedmiu grzechów głównych. Biorąc pod uwagę piątkową i sobotnią frekwencję na ulicy Piotrkowskiej, grzeszących nie byłoby jednak zbyt wielu. Piątkowe popołudnie (a właściwie wczesny wieczór) - idę główną ulicą w Łodzi, a tam istne szaleństwo – nigdzie wolnej ławki. Choćby człowiek miał umrzeć ze zmęczenia, nie usiądzie, nie ma bata!
Na szczęście to nie Piotrkowska była moim głównym celem (a przynajmniej nie w dosłownym znaczeniu). Z kawą w jednej dłoni i z notesem w drugiej docieram do Zachodniej, wchodzę do budynku AOIA i już wiem, że nawet tutaj nie będzie łatwo ze znalezieniem wolnego miejsca. Tym bardziej, że wszyscy chcą usiąść na tej jednej, konkretnej ławce. W towarzystwie uroczego krętacza Stanisława-Kazimierza-Tadeusza (trudno się nie pogubić!) i pięknej, choć nieco zagubionej Wandy, czyli bohaterów spektaklu „Ławeczka na Piotrkowskiej”.
Jesteśmy więc w Łodzi – mieście totalnych sprzeczności; miejscu, które albo się kocha, albo nienawidzi. Gdzieś w samym centrum miasta, na jednej z „piotrkowskich” ławek spotykamy nieprzewidywalną parę, którą kiedyś połączyła namiętność (o czym jedno z nich zdążyło już zapomnieć). I zaczyna się dwugodzinna (plus-minus, bo nieprzewidywalność czasu trwania spektaklu jest porównywalna do nieprzewidywalności zachowań bohaterów) przygoda, podczas której zachowanie powagi staje się rzeczą niewykonalną.
A powodów do (u)śmiechu jest naprawdę wiele! Aktorska para – Ewa Audykowska-Wiśniewska i Kamil Maćkowiak – wręcz prześciga się w wypowiadaniu zabawnych kwestii. Nawet w chwilach ciszy trudno przestać chichotać, obserwując rozgrywający się na scenie komizm sytuacyjny. On ma tylko jeden cel – pojechać do jej domu, ona – z jednej strony jest na niego wściekła, z drugiej jednak nie potrafi mu się oprzeć. Czy uda im się znaleźć wspólny język i dojść do kompromisu? Przyjdźcie i zobaczcie sami, z nimi nigdy nic nie wiadomo…

Więcej o spektaklu i Fundacji Kamila Maćkowiaka TUTAJ


Uwaga!
Tu nie ma się z czego śmiać – tu naprawdę można umrzeć ze śmiechu! Ale w końcu – czy to nie jedna z przyjemniejszych śmierci?

Najbliższy spektakl 12-ego maja w AOIA przy ulicy Zachodniej 54/56.

Zamiast siedzieć na ławce na Piotrkowskiej, idźcie posiedzieć na widowni!


sobota, 25 kwietnia 2015

Co łączy Andrzeja Seweryna z bykiem?

Niby nie wierzę w magię, a jednak łapię się na tym, że przywiązuję wagę do tego kto się kiedy urodził. Byk – to brzmi dumnie! Od małego słyszałam, że jestem dzieckiem szczęścia, bo nie dość, że urodziłam się w maju (najpiękniejszym miesiącu), to na dodatek siódmego (a siódemka podobno szczęśliwa, choć mi tam bliżej do szczęścia z trzynastką). Maj jak maj, siedem jak siedem, ale jestem Bykiem, a bycie Bykiem zobowiązuje do rzeczy wielkich. Dlaczego?
Zaczęło się od Englerta. Jeszcze jako dzieciak (mniejszy niż ten, którym jestem teraz), gdzieś w okolicach przełomu podstawówki a gimnazjum , zauroczyłam się grą aktorską Englerta. Brzmi to może nieco górnolotnie (co o aktorstwie może wiedzieć jedenastolatka, na dodatek nieco szurnięta?), ale tak rzeczywiście było. Szukając namiętnie informacji o Englercie, dokopałam się – co nie było trudne – do daty jego majowych urodzin, które obchodzi akurat w moje imieniny. Potem były inne wielkie nazwiska, które zaczynały mnie fascynować, a których nosiciele (jak to brzmi!) okazywali się Bykami. Z przykrością stwierdziłam, że moja teoria – Byk równa się najlepszy artysta – nie spełnia się w zetknięciu z datą urodzin Krystyny Jandy. Ale przecież wyjątek potwierdza regułę, ot co!

A dziś urodziny ma on. Oszalałam na jego punkcie wiele lat temu i jakoś to szaleństwo mi nie mija (i dobrze!). Niektórzy za nim nie przepadają, inni kochają. Ja podziwiam i z podziwu wyjść nie mogę, że tak idealnie obrazuje sobą przetransformowane przysłowie – aktor jest jak wino: im starszy, tym lepszy. Nie pamiętam ile kończy lat i nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia, bo bez względu na wiek jego gra aktorska i aparycja wywołują we mnie te same emocje. Zachwyt, szacunek, lekką zazdrość i motywację, by umieć kiedyś tak jak on interpretować Szekspira. Andrzej Seweryn – pisząc o nim, zupełnie zapominam o obiektywności. Na szczęście nie bywa zły czy gorszy, zawsze jest mistrzowski, więc nawet będąc mało obiektywną, nie przestaję być w swoim pisaniu wiarygodną.
Nienawidzę Mickiewicza, a "Pana Tadeusza" mogłabym oglądać ciągle. Bo Seweryn. I za Sienkiewiczem nie przepadam, a ekranizację "Ogniem i mieczem" pożeram wzrokiem. Bo Seweryn. Czy muszę wspominać, że "Dyrygenta" widziałam kilkakrotnie, zawsze nie mogąc oderwać od tego filmu oczu? Bo Seweryn i KJ. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, mnożyć zalety i zachwycać się grą, ale najtrudniej pisze się chyba o największych, bo każde słowo wydaje się być takie nieodpowiednie, że aż bezwstydnie banalne.
Mistrzowi wielu lat na scenie. Nałogowo kupuję bilety do Teatru Polskiego w Warszawie. I nałogowo ryczę, gdy scena zostaje niepełna - bo zabrakło na niej Mistrza! Proszę nie zostawiać nigdy teatru na pastwę losu bezsewerynowego, bo teatr może takiego szoku nie przeżyć.
Być Bykiem - jak Mistrz - to jest dopiero zaszczyt!


czwartek, 23 kwietnia 2015

Światowy Dzień Książki!

Podobno ludzie nie czytają. Ja mam to szczęście, że spotykam na swojej drodze coraz więcej takich ludzi, dla których książka jest elementem obowiązkowym do każdej kawy, herbaty, poranka, wieczora, nocy. A może podświadomie uciekam, gdzie pieprz rośnie od tych, którzy w swoim życiu nie przeczytali nic poza przymusowymi lekturami szkolnymi?
Dziś Światowy Dzień Książki. Celebrować go można na różne sposoby. Ja – z braku wystarczającej ilości czasu - znalazłam chwilę na czytanie… W autobusie. Ostatnio zdarza mi się to bardzo często. Autobusowe czytanie przysparza niemałych kłopotów, ale jednocześnie znakomicie rozwija zmysł równowagi, a dodatkowo możne je zaliczyć do uprawiania gimnastyki. W prawej dłoni jabłko i zakładka do książki, w lewej – książka, nogi szeroko rozstawione (bo zawsze akurat wtedy, gdy chcę czytać, brak jest wolnych miejsc do siedzenia), czujność w gotowości do szybkiej reakcji. Obserwuję czasem patrzące na mnie z politowaniem oczy współpasażerów. Ich spojrzenie mówi wprost – wariatka. Istnieją różne stopnie wariactwa, a to uznaję za dość łagodne i przyjemne, więc puszczam ich spojrzenia mimo oczu (im więcej czytam, tym tworzę więcej dziwnych neologizmów, metafor, zwrotów). Bo nie ma złej chwili do sięgnięcia po książkę, jest tylko złe nastawienie.

W księgarni witają mnie po nazwisku. Nie moim! Wyobraźcie sobie taką sytuację – mam do odbioru trzy książki, za którymi czekałam całe dwa dni (dwa dni czekania na książki – katorga! Nawet wtedy, gdy wie się, że będzie można je przeczytać dopiero za jakiś, bliżej nieokreślony, czas). Jest piątek po południu, biegnę na Piotrkowską, wpadam do księgarni, słyszę miłe „dzień dobry”, a tuż za nim pytanie: „Pani T. (tu pada nazwisko mojej przyjaciółki)?”. Nie wiem czemu nie wybuchłam śmiechem, ale sytuacja była co najmniej dziwna i uświadomiła mnie, że jest z nami – mną i panią T. – naprawdę… Dobrze! Poniekąd czuję się dumna z faktu, że nasza częstotliwość odwiedzania księgarni zaowocowała znajomością naszych nazwisk. Jesteśmy znane z czytania! Czy nie brzmi to idealnie?
Nie chodzę na spacery z kimś kto nie czyta. O łóżku nie będę nawet wspominać. Idę za to właśnie na rower (udało mi się - specjalnie dla książek - wrócić dziś do domu już po 17-ej!). Na szczęście moja kupiona niedawno damka (używana, bo pieniądze na nowy rower zostały w księgarni) zaopatrzona jest w koszyk. Kilka książek w plecak, plecak do koszyka i jadę szukać miejsca idealnego  -lepszego od autobusu! – do pochłonięcia kilkudziesięciu stron. Przyzwyczajona do czytania kilku książek jednocześnie, zniknę pewnie na dłużej (wypadałoby przeczytać choć kilka stron z każdej rozpoczętej książki…). Dziś zdobyłam cztery nowe egzemplarze, co prawda żaden z nich nie wyląduje za moment w rowerowym koszyku, ale w przyszłości na pewno pojadą ze mną na jakąś wycieczkę (rowerową, autobusową, tramwajową, pociągową, a może nawet lotniczą?).
Pozdrawiam panią T. – to tak samo mój jak i twój dzień, ale nie wysyłaj mi już więcej książkowych promocji! Bankructwo nie jest niczym przyjemnym. Chociaż, czego się nie zrobi dla nowej, pachnącej książki stojącej na twojej – nie sklepowej– półce…


PS Dziś powinno też być o Szekspirze – wieczności, mistrzu! – ale powoli. I do niego dojdziemy - mam nadzieję, że już niedługo .


piątek, 3 kwietnia 2015

"Biała bluzka" w Och-Teatrze.



Nie jestem dobra w pisaniu recenzji, brakuje mi obiektywizmu i umiejętności ubierania myśli w mało poetyckie, a bardziej konkretne, słowa. Przemycam do artykułów swoje osobiste odczucia. I nie byłoby to złe, gdybym umiała znaleźć umiar. A często zdarza mi się przesadzać.
Już z góry wiem, że nie uda mi się napisać obiektywnie o spektaklu „Biała bluzka”. Z prostej, prozaicznej wręcz przyczyny – boskiej Jandy, która – o czym doskonale wiedzą moi bliscy i przyjaciele – jest moim wielkim autorytetem. Nie tylko w dziedzinie teatru, filmu, aktorstwa, ale także – a może przede wszystkim? – jest dla mnie autorytetem w życiu codziennym. Uparta, wiedząca czego chce, aktywna, pełna energii, spełniająca marzenia swoje i innych. I już, już widzę, że recenzja schodzi na zły tor. Musicie mi to wybaczyć, ten brak obiektywizmu, chociaż w tym jednym, jedynym przypadku. Tam, gdzie nazwisko Janda zbiega się z moim nazwiskiem, tam trudno o wyprany z emocji tekst.


Międzynarodowy Dzień Teatru był idealnym dniem na to, żeby zobaczyć Ją na scenie. Marzyłam o „Białej bluzce” już długi czas, szczególnie mocno od momentu, gdy przeczytałam opowiadanie Osieckiej o tym samym tytule. Trochę (a może nawet bardziej niż trochę) doszukiwałam się w Elżbiecie – głównej bohaterce – siebie. Inne czasy, inne wydarzenia, inny świat, ale serce chyba to samo – buntujące się, szukające alternatywy do tego, co pospolite, w zderzeniu z wielką miłością skłonne do wielu poświęceń. Dlatego gdy tylko spostrzegłam, że „Biała bluzka” zostanie zagrana w Och-teatrze akurat w ten dzień, wiedziałam, że muszę tam być. I byłam, na całe szczęście – byłam.
Chyba pamiętam ze spektaklu niewiele, wszystko przez emocje, których w momencie przestąpienia progu teatru nigdy nie potrafię opanować. Huknęła orkiestra, we mnie huknęło, Ona wyszła na scenę, a ja mogłam już tylko wstrzymać oddech i starać się zachować względne opanowanie. Trudno być spokojnym, gdy słyszy się Osiecką  w wykonaniu Jandy. To wręcz oksymoron, coś nieosiągalnego.
Zaczęła się opowieść o historii kobiety, która walczy – z sobą samą, z ograniczeniami, z Polską stanu wojennego, z miłością do opozycjonisty, z utartymi schematami. Postrzegana jest jako nieprzystosowana do życia, a tymczasem – o ironio – słuchając jej, wpatrując się w nią, ma się wrażenie, że to świat jest nieprzystosowany do niej. Historia pełna zaskakujących zwrotów akcji, niby płynna i nijaka, a tak naprawdę chwytająca za serce i niepozwalająca na uczucie nudy czy znużenia.
Janda na scenie – wulkan i spokój. Nigdy nie zrozumiem fenomenu Jej aktorstwa. Z taką łatwością przechodzić od śmiechu do łez potrafią tylko najwięksi. Ona bez wątpienia do nich należy. W „Białej bluzce” wzrusza i śmieszy, wierzy się bezgranicznie każdemu jej słowu, chce się czytać z jej twarzy, łapiąc pojedyncze wypowiadane przez nią kwestie. Ktoś kto nazwał ją kiedyś mistrzynią monodramu, wiedział, co mówi. Ile trzeba mieć w sobie charyzmy i mądrości, żeby przez ponad półtorej godziny skupić na sobie uwagę pełnej po brzegi widowni? I ile szacunku do widza, gdy staje się na scenie z gorączką, będącą efektem choroby?
Na spektakl nie założyłam białej bluzki, choć taki był początkowy zamysł. Wybrałam czerwoną sukienkę. Pytanie – co kogo obchodzi mój strój do teatru? A jednak dla mnie wybór ubrania okazał się być nieprzypadkowy, symboliczny (o czym jeszcze nie wiedziałam, stojąc w domu przed szafą). Popłynęła (a raczej grzmotnęła) muzyka do „Wariatka tańczy”. Pierwsze takty wbiły mnie w fotel, miałam chyba stan przedzawałowy, co z kondycją mojego serca nie jest trudne do osiągnięcia. Janda zaczęła śpiewać, „(…) czerwona na niej sukienka”, śmiać mi się zachciało, biorąc pod uwagę to, co akurat dzieje się w moim życiu. Ale o tym za jakiś czas.
„Białą bluzkę” trzeba obejrzeć, przeczytać, dotknąć, doświadczyć. Oczywiście można to zrobić w zaciszu domu, samodzielnie, bez wskazówek. Ale gdy już minie pierwsze zauroczenie, gdy się człowiek zechce jeszcze raz w tę białą bluzkę ubrać, dobrze jest kupić bilet do Och-teatru. Najbliższy spektakl 17-ego kwietnia. Idźcie, może komuś z Was uda się napisać dobrą recenzję z tego spektaklu. Mnie jak widać na to nie stać.